Krew nam w żyłach nie stygnie. Nigdy!

CZADOBLOG - Paweł Czado

Zachwycające spotkanie! Zdarzają się czasem mecze piłki nożnej, w których nie rywalizują piłkarze, lecz - bez obrazy - gonią się po murawie wściekłe psy. To właśnie był ten przypadek! Futbol w ostatnich latach bardzo zmienił się pod względem intensywności, to często główny element odsiewający na profesjonalnym poziomie drużyny dobre od złych. Jednak nie przypominam sobie jakichkolwiek pierwszych dziesięciu minut pełnych tak agresywnej zajadłości, jak starcie Argentyńczyków z Anglikami. Te wzajemne niezwykle agresywne próby sprowadzenia rywali do parteru na wszelki sposób, pełne wzajemnych zarówno wyrafinowanych, jak i prostackich prowokacji - zatykały dech.

Najlepiej można to zrozumieć, oglądając taki mecz tuż zza linii bocznej. Kilka razy miałem to szczęście, więc wiem, że zwykły śmiertelnik byłby w stanie wytrzymać takie tempo ledwie kilka minut i nie ma szans na więcej. Zawsze oglądam tego rodzaju starcia z oczarowaniem! To prawdziwe bitwy, w których nie opada kurz, w których uczestnicy nie oglądają się na nic: nieważne, czy będą w stanie biegać za dwa kwadranse. Liczy się tylko tu i teraz! Liczy się tylko świeże mięso!

Półfinały zawsze leżały Argentynie. Wcześniej pięć razy potrafiła dotrzeć na ten poziom i pięć razy od razu potrafiła go przeskoczyć, lądując na poduszce meczu finałowego. No i co? Noblesse oblige! Wszyscy wiedzieli, że ewentualny szósty raz w dużej mierze będzie zależeć od Messiego. Wszyscy patrzyli więc tylko na niego. Mimo że dla najmłodszych pokoleń kibiców ten facet gra od zawsze, ciekawostka: nigdy dotąd nie zagrał przeciw Anglikom! Dumni synowie Albionu to jedyny inny mistrz świata, z którym D10S II (od słowa Dios - Bóg, a II, bo pierwszym był Diego Armando Maradona) dotąd się nie zmierzył. Wydawało się prawie przez cały mecz, że tego starcia nie będzie wspominał dobrze. Będzie jednak wspominał wspaniale.

W związku z faktem, że Argentyna w trakcie mistrzostw świata oba zwycięstwa nad Anglią - w 1986 i 1998 roku - odniosła w rezerwowych koszulkach, a nie w charakterystycznych pasiakach - byłem ciekaw, w jakich strojach zagra tym razem. Okazało się, że FIFA przychylnie odniosła się do prośby Argentyńczyków na kilka godzin przed meczem, żeby tym razem znowu - jak w tamtych pamiętnych meczach - zagrać w rezerwowych niebieskich koszulkach. Chcę odbierać to jako... uszanowanie tradycji, a nie wiarę w zabobony. A właściwie co tam: mogą być i zabobony!

Dobrze, dzięki napisaniu tych kilku zdań niezwiązanych bezpośrednio ze spotkaniem, zdołałem odetchnąć od emocji, w głowie mi się kręci, ale co tam: zanurkujmy więc na powrót w odmęty tego niezwykłego meczu. Obaj rywale prezentowali się w mojej opinii wręcz imponująco. Tempo rosło i rosło, wreszcie Anglicy zdobyli pięknego gola. Byli niczym ciężkozbrojna jazda w bitwie pod Falkirk, szli jak burza na londyńskim niebie, coraz bardziej pewni siebie, dumni, wyniośli i wspaniali...

I wtedy stało się coś zdumiewającego. To znaczy byłoby to zdumiewające, gdyby dotyczyło innej drużyny. Argentyńczycy sprawili podczas tego mundialu, że sformułowanie "gra do końca" nabrało nowego, estetycznego wręcz wymiaru. Złapali Anglię za gardło. Dosłownie! Zaatakowali tak, że Tarantino, gdyby to widział, zatrudniłby na planie "Wściekłych Psów" co najmniej kilku argentyńskich aktorów. Kilka razy piłka prawie wpadła. Piłkarze Scaloniego nie przejęli się. Wierzyli. Zdołali najpierw odwrócić mecz, a potem wysadzić rzeczywistość w kosmos. Wdarli się do finału! Wdarli się do finału! Wdarli się do finału...  Ręka boga nie była potrzebna!

Zwyciężył futbol. Chwała zwycięzcom, chwała zwyciężonym. Dziękuję za ten cudowny wieczór! Dzięki takim chwilom życie naprawdę jest lepsze.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się