Kolejna młodość
Rozmowa z Alanem Urygą, kapitanem i najbardziej doświadczonym piłkarzem Wisły Kraków
32-letni zawodnik ma na koncie 214 występów w ekstraklasie. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus
Po pierwszym meczu bez euforii, ale z nadzieją możecie powiedzieć, że pasujecie do ekstraklasy. Nie chodzi o sam klub – to jest niepodważalne – ale o drużynę. Zgodzi się pan?
- Weszliśmy w rywalizację z GKS-em Katowice lekko przestraszeni, niepewni, trochę z taką ciekawością, jak to jest. Nie byłem tym zaskoczony. Oddaliśmy inicjatywę i nie do końca byliśmy sobą. Po kilkunastu minutach okrzepliśmy i złapaliśmy właściwy rytm. Przekonaliśmy się, że ekstraklasa wcale nie jest taka straszna i możemy grać odważnie oraz agresywnie. Tak się prezentowaliśmy w dalszej części spotkania.
Jaką pracę musiał pan wykonać w szatni jako kapitan i zawodnik, który w najwyższej lidze ma ponad 200 występów? Dla większości piłkarzy Białej Gwiazdy był to debiut w ekstraklasie.
- Przede wszystkim skupiliśmy się na zachowaniu spokoju. Mówiliśmy, że potrzebny jest emocjonalny balans, żeby nie popadać w skrajności. Zwracaliśmy uwagę, by każdy był sobą. Wiedzieliśmy, co i jak mamy robić na boisku. Pokazaliśmy to w poprzednim sezonie i w okresie przygotowawczym. Najważniejsze było to, by nie zmieniać naszego stylu i podejścia do meczu.
Spisał się zespół, dopisali też kibice. W Krakowie odnotowano najwyższą frekwencję w 1. kolejce. Wspierało was ponad 30 tys. osób, była oprawa na dwie trybuny. To cieszy, prawda?
- Grając w takiej atmosferze trudno się komunikować na boisku. Świetnie, że warunki są trudne, bo to znaczy że frekwencja dopisuje, a doping jest niesamowity. Nie mam wątpliwości, że nasi kibice są najlepsi w Polsce.
Wydawało się, że rzucicie Katowiczan na deski, ale sędzia anulował gola na 3:0.
- Życzylibyśmy sobie, żeby utrzymać 2:0 i nie dopuścić do nerwowej końcówki. Nie ma co ukrywać, że najbardziej żałuję, że sędzia nie uznał trzeciej bramki. Wydaje mi się, że całkowicie „zabiłaby” mecz i rywal nie chciałby się już stawiać, tylko myślał o kolejnym występie w europejskich pucharach. Ufam jednak, że sędzia podjął dobrą decyzję.
Część kibiców postawiło na panu krzyżyk; mówili, że Wisła już nie potrzebuje Urygi. Ostatnie pięć lat było bardzo trudne z powodu spadku, ale też licznych kontuzji.
- Cieszę się z obecnej sytuacji. Sobie niczego nie muszę udowadniać, ale kolejny raz pokazałem co nieco niektórym malkontentom. Znam swoją wartość i siłę, więc mam małą satysfakcję, że po raz kolejny wracam po tym, jak niektórzy już mnie skreślili. Cieszę się, że znowu możemy rozprawiać o tym, że przeżywam którąś tam młodość.
Piłkarze i trenerzy podkreślają, że Wisła jest klubem, w którym zawsze jest presja i trzeba sobie z tym radzić. Odczuwacie ją jako nowicjusz w lidze?
- Śmialiśmy się z kolegami, że jesteśmy beniaminkiem, gramy z obecnym reprezentantem w pucharach, a i tak wiele osób czy bukmacherów widzi nas w roli faworyta. Czy to jest trudne? Na pewno specyficzne. Wisła jest wielką marką, oczekiwania są duże ze względu na historię i sukcesy z przeszłości. Mamy świadomość, że będą od nas oczekiwać skutecznej i efektownej gry, mimo że długo nie było nas w ekstraklasie.
Dla Wisły początek sezonu był najbardziej udany spośród trzech krakowskich drużyn. Czy rywalizacja z Cracovią i Wieczystą może was dodatkowo napędzać?
- W okresie przygotowawczym nie spotkałem się z rozmowami lub analizami pod kątem tej rywalizacji krakowskiej. Oczywiście wielu chłopaków na początku mówiło, że już nie może się doczekać derbów - i dla nich to będzie szczególny mecz. Jedynie w tym kontekście dla wszystkich - oprócz mnie - będzie to nowe i fajne przeżycie.
Rozmawiał i notował Michał Knura
