Kierownik ważniejszy niż prezes
Jak to się stało, że chłopak z Karolewa, wychowany wręcz w cieniu stadionu ŁKS-u, stał się legendą Widzewa? Zadecydował zbieg szczególnych przypadków.
Tadeusz Gapiński zmarł w wieku 78 lat. Fot. Widzew Łódź/widzew.com
Na treningi nie chciało mu się więc jeździć, ale w piłkę nie przestał grać. Spotykał się wraz z kolegami na polanie w parku niedaleko domu, gdzie kiedyś wypatrzył go znajomy jego ojca, przypadkiem także trener juniorów Widzewa. – Niech przyjdzie do nas na trening – zaproponował, a że na Widzew był wygodniejszy dojazd niż na boisko Bawełny, młody Gapiński stał się Widzewiakiem, choć na razie tylko na chwilę. Padł bowiem w Łodzi pomysł zgrupowania w jednym zespole najlepszych juniorów w mieście. Powstał więc klub pod nazwą MKS Hala Sportowa, bo patronował mu Łódzki Ośrodek Sportu, administrator Pałacu Sportowego, tego z hokejowym lodowiskiem i występami „Animalsów” albo Marino Mariniego. Trenerem był młody rozpoczynający dopiero pracę szkoleniowca… Leszek Jezierski.
Pomysł się sprawdził: MKS Hala Sportowa zdobył w 1966 roku mistrzostwo Polski juniorów, a najlepsi zawodnicy zasilili łódzkie ligowe kluby, ŁKS i Start. I tak przez kolejnych kilka sezonów Gapiński znów był z przydziału Ełkaesiakiem, ale akurat dla tego klubu nie był to dobry okres, bo drużyna spadła z ekstraklasy. W 1971 roku nie udało mu się już wymigać od wojska, stąd dwa sezony w Zawiszy Bydgoszcz i wreszcie od 1973 roku już na dobre Widzew, na razie II-ligowy, ale za to z Jezierskim na ławce trenerskiej. Gapiński był wtedy jednym z tych piłkarzy, których ŁKS nie chciał.
Lata 1973-79 to najlepszy okres sportowej kariery „Gapka”. Awans do ekstraklasy, wkrótce wicemistrzostwo Polski i początek europejskiej kariery Widzewa legendarnymi meczami z Manchesterem City. Trudno sobie wyobrazić drużynę z tamtych lat bez Gapińskiego na lewym skrzydle. Mówiło się na przykład, że dlatego Widzew ściągnął z Bydgoszczy Bońka, a nie Miłoszewicza, bo jednego lewonożnego piłkarza już miał i nie potrzebował drugiego. W karierze zabrakło tylko występów w reprezentacji Polski. Grał w młodzieżówce razem z Janem Tomaszewskim, Janem Domarskim, Adamem Musiałem i Antonim Szymanowskim, ale do kadry A nie trafił. – Gadocha był wtedy na skrzydle nie do wygryzienia – wspominał ten okres po latach.
Po „trzydziestce”, jak pozwalały przepisy, wyjechał do Danii. Grał w Hvidovre, z którym zdobył krajowy puchar. Zarobił na „Poloneza”, proponowano mu dłuższy kontrakt, ale wrócił do Łodzi i do Widzewa, już z instruktorskimi papierami. – Urodziłem się w Łodzi, cała moja rodzina też stąd pochodzi, żona jest Łodzianką. To jest moje miejsce – podkreślał.
Był asystentem Stanisława Świerka, Jacka Machcińskiego i Władysława Żmudy, ale lepiej od spraw szkoleniowych radził sobie z organizacyjnymi. Został więc kierownikiem drużyny i w tej roli przeszedł do klubowej historii i legendy. Miał zakres obowiązków, jakie dzisiaj wykonywałoby ze trzydzieści osób. Załatwiał podstawowe sprawy piłkarzy, dbał o logistykę wyjazdów, zajmując się hotelami, autokarami, paszportami. Dbał o sędziów i nie ma w tym żadnych podtekstów, bo takie były wówczas zasady – sędziami zajmują się gospodarze. Był „ambasadorem” piłkarzy u władz klubu, dbając o ich interesy, a także rzecznikiem prasowym. Z taktem „gasił pożary” w kontaktach dziennikarzy z działaczami, trenerami i zawodnikami. Nikt z nas nie obrażał się, gdy „Gapek” wytykał nam błędy, bo z reguły to on miał rację. Zajmował się też klubowymi finansami: gdy kasa była pusta, gdy trzeba było, chodził do znajomych firm i „prywaciarzy” po pilne pożyczki, gdy akurat brakowało na hotel podczas wyjazdów, bo i takie sytuacje w dawnym Widzewie się zdarzały. Na lotnisku w Bolonii, podczas powrotu z pucharowego meczu w Parmie, wyjętą z teczki gotówką płacił za paliwo do rządowego samolotu, którym ekipa podróżowała.
Gdy po raz pierwszy pojawił się w Widzewie, koło boiska otoczonego niewysokim ziemnym wałem stała stara drewniana trybuna, a w pogoni za piłką zawodnicy wpadali na żużlową bieżnię i skocznię z piaskiem. Nie tylko drużyna rozwijała się, ale i stadion, nad którym – jak wieża kontroli lotów na lotnisku – górował klubowy budynek administracyjny. Tam kierownik miał swój gabinet, do którego każdy mógł wejść bez pukania w dowolnej chwili. Na szafie w tym pokoju leżał męski kapelusz, który zostawił kiedyś trener Ryszard Polak. – Skoro tutaj leży, a Widzewowi dobrze idzie, nie należy go ruszać – orzekł i kapelusz już w randze klubowego talizmanu spoczywał tam przez długie lata. My, dziennikarze, byliśmy tam częstymi gośćmi. Rozumiał nasze potrzeby, my rozumieliśmy jego pracę i nie nadużywaliśmy poufnej nierzadko wiedzy z tych prywatnych w charakterze rozmów. O takich rzeczników, którzy w dziennikarzach widzą przyjaciół, a nie wrogów, dzisiaj coraz trudniej….
Nigdy nie opuszczał go dobry humor, a legendarne były jego riposty i rozmowy z Franciszkiem Smudą. – Gdyby nie ja, jeździłbyś do tej pory starym Volkswagenem – powiedział kiedyś do niego Smuda. – A ty beze mnie nie nauczyłbyś się mówić dobrze po polsku – odszczeknął się bezlitośnie trenerowi. - No dobrze, mów już lepiej „kornerami”- zgodził się, gdy Smuda nie mógł sobie poradzić z „rzutami rożnami” i „rzutymi rożnymi”. Nie obrażali się na siebie i sami często prowokowali takie sytuacje.
W 2008 roku Tadeusz Gapiński rozstał się z Widzewem. Właścicielem został wówczas Sylwester Cacek, który miał inne plany personalne. Kierownik odsunięty został od drużyny, ale klub nie mógł go zwolnić, bo był wówczas miejskim radnym - w wyborach zdeklasował rywali w swoim, widzewskim okręgu. Po pewnym czasie zorientował się, że na konto nie wpływa już pensja. - To jakaś pomyłka, nieporozumienie, zaraz wszystko się wyjaśni, zakładamy fundację, w której będziesz pracował – nikt z nowych szefów nie miał odwagi powiedzieć mu, że po 35 latach jest w klubie niepotrzebny. – To było bolesne rozstanie – powiedział mi kiedyś i trudno mu się dziwić, że z takim Widzewem nie chciał mieć już nic wspólnego.
Prawdziwi Widzewiacy – piłkarze z jego pokolenia, kibice, dziennikarze, którzy mieli zaszczyt i przyjemność z nim pracować, nigdy o nim nie zapomnieli. Na uroczystościach i rocznicach klubowych bywał jednak z powodu choroby coraz rzadziej. Po raz ostatni kilka miesięcy temu na uroczystości nadania jego imienia jednej z lóż na trybunie nowego stadionu. Andrzej Gowarzewski w poświęconym Widzewowi wydawnictwie z serii „Kolekcja klubów” z 1998 roku napisał o nim: „Cała epoka w historii Widzewa – w wielu innych klubach na świecie miałby już swoją trybunę”. I ma! Jego loża sąsiaduje z lożami imienia Franciszka Smudy i Włodzimierza Smolarka.
Ludwik Sobolewski, Stefan Wroński, Leszek Jezierski, Franciszek Smuda, Jacek Machciński, Włodzimierz Smolarek, „Johny” Możejko, Bogusław Kukuć, Tadeusz Gapiński – coraz więcej pomników wyrasta w alei zasłużonych widzewskiego cmentarza wspomnień…
Wojciech Filipiak
Tadeusz Gapiński (ur. 7 stycznia 1948 w Łodzi, zmarł 30 lipca 2026)
Zawodnik ŁKS-u, MKS-u Hala Sportowa Łódź, Zawiszy Bydgoszcz, Hvidovre i Widzewa w latach 1958-1981, asystent trenera i kierownik drużyny do 2008 roku. Jako zawodnik był dwukrotnym wicemistrzem Polski, zdobywcą Pucharu Danii i mistrzem Polski juniorów, a jako asystent trenera i kierownik drużyny przyczynił się do trzech mistrzowskich tytułów oraz występów Widzewa w Lidze Mistrzów.
