Jude, Jude, Jude, cały Śląsk!

W latach 30. zeszłego wieku w Katowicach mieszkało 15 tysięcy Żydów. Też kochali sport, więc i tutaj działał klub o nazwie Hapoel.

Kibice Hapoelu z Tel Awiwu są gorącokrwiści. Fot. youtube.com/@UltrasFootballFans

Zaskoczenie! GKS Katowice zagra teraz w pucharach z rywalem, który ma w herbie... sierp i młot. Z czego to wynika? Od razu warto sobie uświadomić, że Izrael nie jest i nigdy nie był jednorodny pod względem sportowym. Otóż, w odróżnieniu od klubów o nazwie Maccabi, grupujących środowiska mieszczańskie o sympatiach prawicowych - kluby o nazwie Hapoel (czyli po hebrajsku „Robotnik”) kładły i kładą nacisk na sport właśnie w środowiskach ludzi pracy, mających siłą rzeczy lewicowe lub nawet ekstremalnie lewicowe poglądy. Czyli: Maccaabi reprezentowało nurt ogólnosyjonistyczny i mieszczański, podczas gdy Hapoel był ściśle związany z socjalistycznym ruchem robotniczym. Bazą społeczna Maccabi była klasa średnia, inteligencja i młodzież z zamożniejszych domów. Baza społeczną Hapoela z kolei - robotnicy, rzemieślnicy i uboga młodzież proletariacka. Jego symbole to barwy czerwone, nośne są międzynarodowe hasła robotnicze. Nie trzeba chyba dodawać, że oba środowiska nie przepadają za sobą. Kibice Hapoelu Tel Awiw to nie są aniołki. W październiku zeszłego roku podczas derbowego meczu z Maccabi Tel Awiw zachowali się poniżej wszelkiej krytyki. Mecz nie doszedł do skutku, bo gorącokrwiści fani Hapoelu obrzucili murawę środkami pirotechnicznymi i nie było spod kłębowiska dymu widać trawy! W dodatku wokół stadionu doszło do zamieszek.

Nie wychylajcie się!

Nie zmienia to faktu, że żydowskie kobiety są olśniewając piękne, a żydowska muzyka zapiera dech. Kiedy te słowa pisze człowiek, który nie jest ani Żydem, ani antysemitą, ani filosemitą - jak ja, mają, uważam, własną wagę. O tyle wiem, co piszę, że byłem kiedyś poszwendać się choćby po Jerozolimie, jednym z najbardziej niezwykłych miast na świecie. Zaraz przypomina mi się pewna anegdota z Jerusalem, a właściwie fakt z dziejów reprezentacji Polski, który opowiedział mi kiedyś Joachim Marx. 60 lat temu, w grudniu 1966 do Izraela poleciała reprezentacja Polski prowadzona przez Michała Matyasa, legendę Polonii Bytom, wspomaganego wówczas przez młodego Kazimierza Górskiego. Mecz kończy się wynikiem 0:0, jednak nie to jest najważniejsze. Gospodarze (a prawie wszyscy ówcześni działacze izraelskiej federacji mówili po polsku) organizują naszej drużynie wycieczkę do Jerozolimy. Akurat sytuacja polityczna jest niestabilna, bo wojska izraelskie wkraczają do Jordanii w odwecie za ataki terrorystyczne z tego miasta. Rada Bezpieczeństwa ONZ potępia Izrael. Nie przeszkadza to gospodarzom zawieźć polską reprezentację na wzgórze skąd widać Kopułę na Skale. – Ale nie wychylajcie się za bardzo za sklepik z pamiątkami! – proszą miejscowi naszych piłkarzy. Dlaczego? – Tydzień wcześniej palestyńscy snajperzy zastrzelili dokładnie w tym miejscu angielskiego turystę. Podczas robienia zdjęć za bardzo się wychylił i zapłacił za to życiem…

Kiedy ja byłem w Jerozolimie, było spokojnie. Dopiero po moim wyjeździe przy jednej ze starych bram miejskich miał miejsce atak nożownika na przechodzącego człowieka. Sam szedłem tamtędy kilka dni wcześniej…

Strzał pijanego gestapowca

Przed nami futbolowe starcie GKS-u z Hapoelem Tel Awiw w trzeciej rundzie kwalifikacyjnej Ligi Konferencji. Idealny moment żeby przypomnieć, że Hapoel to nie jest nazwa nowa na Górnym Śląsku, przecież przed wojną działały u nas żydowskie towarzystwa sportowe. Warto przy tym pamiętać, że Maor Melikson w Wiśle Kraków został wprawdzie pierwszym izraelskim piłkarzem, który zdobył mistrzostwo Polski, ale jednak nie pierwszym... żydowskim. Piłkarze tego pochodzenia byli również reprezentantami Polski: Leon Sperling, maleńki lewoskrzydłowy, który grał w pierwszym meczu w dziejach reprezentacji przeciw Węgrom w 1921 roku, a Cracovią był trzy razy mistrzem Polski, został 20 lat później, w grudniu 1941 roku zastrzelony na ulicy we Lwowie przez pijanego gestapowca.

Mający żydowskie korzenie Leon Sperling zagrał w pierwszym w historii meczu reprezentacji Polski, był też trzykrotnym mistrzem kraju w barwach Cracovii. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pięciu 200 lat temu

Żydzi byli w Katowicach prawie od samego ich początku. Nie przecierajcie oczu, to tekst w „Sporcie”, więc jest o sporcie, jednak przybliżając tę otoczkę, będzie łatwiej zrozumieć didaskalia. Pierwsza wzmianka o Żydzie mieszkającym w Katowicach pochodzi z 1702 roku. W 1828 roku w malutkich, liczących 675 mieszkańców Katowicach, żyło pięciu Żydów. W 1933 roku było ich w stolicy województwa śląskiego już 15 tysięcy. A właśnie o lata 30. chodzi w tym tekście. Katowice w tym czasie to przecież „Ziemia Obiecana” - całkiem jak u Wajdy. Tutaj też, jak w Łodzi, wielkie interesy robili przemysłowcy polscy, niemieccy oraz żydowscy. W sporcie śląscy Żydzi stawiali przede wszystkim na sekcje gimnastyczne, lekkoatletyczne i bokserskie, jednak działały i drużyny piłki nożnej, które rywalizowały w lokalnych rozgrywkach klasy B i C Śląskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. W przeciwieństwie do Krakowa (Jutrzenka), czy Lwowa (Hasmonea), gdzie drużyny grały na najwyższym poziomie ligowym, katowickie struktury żydowskie w futbolu miały jednak lokalny, raczej amatorski wymiar. Należy przy tym zauważyć, że katowiccy piłkarze wyznania mojżeszowego często współtworzyli silniejsze kadry w sąsiednich miastach. Bliskie były związki z silnymi klubami żydowskimi z ziem byłych zaborów - Hakoah Będzin oraz Makkabi Sosnowiec.

Synagoga przy ulicy Mickiewicza w Katowicach, lata 30. XXX wieku. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Najwspanialsze miasto

Ale i tak wiele się działo się w zamożnych i pełnych rozmachu Katowicach. W drugiej połowie lat 30. na Śląsku trwał boom finansowy, Katowice kipiały wręcz od pieniądza. Ulice były zadbane, pełne oszałamiających kamienic, wytwornych lokali i eleganckich sklepów, których ozdobą – na skalę całego kraju – były panoramiczne, wklęsłe szyby. Opowiadali mi o nich jeszcze mieszkańcy pamiętający przedwojnie. Atmosferę tworzyły eleganckie bale i rauty. Budowało się wtedy w stolicy województwa z niezwykłą energią i rozmachem. Znalazłem w archiwach informację, że Krajowy Urząd Budownictwa Naziemnego, największy wówczas oddział katowickiego magistratu, w latach 1929-39 wykorzystał aż 20 milionów złotych. O ho ho!

Katowice w latach 30. - co widać po szyldach w głębi - były kwitnącym miastem. Z jego rynku ruszały rajdy samochodowe. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Rozwijała się warstwa mieszczańska, a niektóre katowickie rodziny były bardzo bogate. Wśród nich – żydowska rodzina Czwiklitzerów. Urodzony w latach 40. XIX wieku Dawid Czwiklitzer w 1867 roku założył pierwszą fabrykę mydła na Górnym Śląsku. Pierwotnie fabryczka (nie tylko mydla, ale i wody kolońskiej) stała w samym centrum Katowic, w miejscu bardzo eksponowanym, bo przy Rüppelstraße, czyli obecnej ul. Wawelskiej. W latach 20. miała miejsce przeprowadzka na Załęże. Do dziś w tamtym miejscu, przy ul. ks. Pośpiecha 7-9 kontynuuje się kosmetyczną tradycję. Oczywiście to już nie jest fabryka Czwiklitzerów lecz zakłady Pollena-Savona, obecnie jeden z największych w Polsce producentów szamponów do włosów dla dzieci i dorosłych (ogólnie zakład wypuszcza na rynek jakieś 100 produktów chemicznych i kosmetycznych). Zwiedzałem te zakłady jako bajtel. Nie mogłem wtedy przypuszczać, że w jakiś sposób mogą łączyć się z Najwspanialszą Grą na Świecie. Okazuje się, że jest bardzo ciekawy punkt styczny. Otóż Czwiklitzerowie mieli dużo pieniędzy i mogli sobie je wydawać jak chcieli. No i jakieś 90 lat temu prawdopodobnie… weszli w konflikt ze Śląskim Okręgowym Związkiem Piłki Nożnej.

Gra na dziko

Gazety w 1938 roku pisały: „W ostatnim czasie powstało kilka dzikich klubów, które działalnością swą sieją zamęt. Śląski OZPN - chcąc zaradzić złu - wydał ostre zarządzenie, przestrzegając kluby przed kontaktami z „dzikimi”. Chodzi tu przede wszystkim o towarzystwa firmowe Czwiklitzer (ale też i inne - przyp. aut.) wykazujące kolosalną żywotność i nieszczędzące pieniędzy dla pozyskania graczy i meczów”.

Popuśćmy wodze wyobraźni. Dzikie kluby... czyli takie, które nie działają w strukturach. Nie działają, bo ich nie przyjęto, albo nie działają, bo same nie chciały w nie wejść. Gra na dziko... Moim zdaniem gra na dziko ma sens tylko w jednym przypadku. Nie chodzi przecież o zapewnienie rozrywki rodzinom pracowników fabryki. Gra na dziko ma sens, kiedy gra się na pieniądze. Jakie pieniądze? Z zakładów. Za bajtla gra na kasę to była poważna sprawa, możliwa tylko z ekipami z innych dzielnic…

Dziś takie dzikie kluby nie miałyby racji bytu. Kto chciałby oglądać anonimowych graczy? Ale w latach 30. było zupełnie inaczej. Ligowi piłkarze, którym wielu dzisiejszych zawodników mogłoby buty czyścić, zarabiali na futbolu w dzisiejszym pojęciu nędzne sumy. Z opowieści wiem, że na przykład Ernest Wilimowski miał dorabiać sobie dojeżdżając do Sosnowca, gdzie grał za kasę w... pingponga. Dlatego taki „dziki klub" mógłby być dla ówczesnych zawodników silnym magnesem finansowym. Pod zmienionym nazwiskiem, z doprawionymi wąsami, w miejscu i porze znanym wtajemniczonym... Dlaczego nie? Wyobrażam sobie więc takie dzikie mecze dzikich drużyn z lat 30. Zakładają się ich właściciele, zakładają się kibice, zakładają się piłkarze. Celem meczu są zarobek i satysfakcja, apotem wspólna biba we frakach w dystyngowanym nocnym lokalu (a w Katowicach takich nie brakowało), gdzie leje się najlepszy alkohol i kankana tańczą najpiękniejsze tancerki...

Nie twierdzę, że to właściwa odmiana futbolu. Twierdzę jedynie, że bardzo chciałbym przenieść się tylko w czasie (nie w przestrzeni) o te dziewięć dekad i przekonać się o wszystkim na własnej skórze. Katowice z drugiej połowy lat 30., ich życie nocne i życie dzienne - podkreślałem to niezmiennie – musiały być fascynujące. Jak Warszawa w „Królu” Szczepana Twardocha...

Paweł Czado

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się