Jestem chłopak z bloku, typowy blokers
Rozmowa z Rafałem Górakiem, szkoleniowcem GKS-u Katowice, na 20-lecie jego pracy trenerskiej
Bloker nagrodzony pierwszy raz w trenerskiej przygodzie: Rafał Górak na ramionach podopiecznych z Radzionkowa po awansie do 1. ligi. Fot. Norbert Barczyk/PressFocus
1 czerwca 2006 – taka data figuruje przy pana nazwisku jako moment rozpoczęcia samodzielnej pracy trenerskiej. To już 20 lat!
- A wiem pan, że nawet sobie tego nie uświadamiałem?
W którym więc momencie piłkarskiej przygody uświadomił pan sobie, że bycie trenerem to zajęcie w sam raz dla pana na kolejne dekady?
- Chyba w okresie czteroletniej gry w Szczakowiance Jaworzno, może zaraz po awansie do ekstraklasy (rok 2002 – dop. aut.). Poszedłem wtedy na kurs trenerski, ale głównie chyba po to, by sprawdzić, czy to będzie dla mnie dobry kierunek w dalszym życiu. I na tym kursie poznałem Roberta Góralczyka, jednego z wykładowców. Mówił o tej robocie z taką pasją i z takim „flow”, że rozwiał wszystkie moje wątpliwości. Jako piłkarz często nie byłem zwolennikiem jednego czy drugiego trenera i często zadzierałem nosa, podważając pewne rzeczy i mówiąc nawet komuś wprost w oczy, że wydaje mi się, że coś robi źle. A prawda była i jest taka, że każdy z nas, szkoleniowców, jest inny, zaś generalnie to po prostu szalenie ciężki zawód. Ale przy tym – przekonał mnie wtedy do tego Robert – zawód także kapitalny i fascynujący.
Potem wasze zawodowe drogi zeszły się na wiele lat, ale wcześniej nie mieliście okazji współpracować?
- Nie. Natomiast Jacek Góralczyk, ojciec Roberta, był moim pierwszym trenerem w piłce seniorskiej, to on dał mi szansę gry na poziomie centralnym w Polonii Bytom. To był początek lat 90., a on – wespół ze Stefanem Pietraszewskim – wprowadzał zupełnie nowe metody i zasady pracy. To już nie była tak popularna dosłownie ciut wcześniej szkoła mozolnego biegania, identycznego dla wszystkich. Oni dzielili zespół na zawodników młodszych i starszych; silniejszych i słabszych; indywidualizowali zajęcia. Wiele rzeczy robili oczywiście „na nosa”, bo nie było jeszcze stosownego oprzyrządowania, ale pamiętam, że jako 19-latek miałem inne obciążenia niż grupa „starych repów”.
Z tego pamiętnego wykładu Roberta zostały panu jakieś ważne zapiski albo choćby jedno zdanie, w roli zawodowego motta?
- Owszem. „Codziennie w tej robocie musimy zapier***ać”. Nie „zasuwać”, czy nawet „zapieprzać”, ale właśnie „zapier***ać”.
A propos wspomnianej Szczakowianki: skoro już wtedy pan zdecydował, że „fajnie byłoby zostać trenerem”, zaczął pan uważniej przyglądać się swym szkoleniowcom?
- Tak. Zacząłem nawet zapisywać treningi u Marka Motyki. Może dlatego, że totalnie zaskakującą rzeczą było dla mnie to, że można poświęcać aż tak wiele czasu na pracę nad stałymi fragmentami. Wcześniej traktowałem to jako rzecz nudną albo nawet głupią! Dziś to codzienność, ale wykonywana już dzięki zupełnie nowym narzędziom, a on to robił bez tych obecnych technologii.
I trochę przekornie został w świadomości kibiców wyłącznie jako spec od stałych fragmentów, zwłaszcza słynnej „szarańczy”.
- I to jest bardzo krzywdzące dla niego, bo był to trener bardzo pracowity.
A zagląda pan czasem do tamtych notatek?
- Właściwie nie. To znaczy... jeśli się bardzo nudzę, to czasem przewertuję ten zeszyt. Sęk w tym, że od bardzo długiego czasu nie mam nawet chwili na nudę.
Był Jacek Góralczyk, był Marek Motyka... Ktoś jeszcze wśród pańskich byłych trenerów z jakiegoś powodu został panu w pamięci?
- Niesamowity dar do prowadzenia zespołu miał Andrzej Sermak. 25 lat temu każdy trener miał jednego asystenta – a nie cały ich zespół – i wiele rzeczy było bardzo uproszczonych w codziennej pracy. Szkoleniowiec więc – poza wiedzą merytoryczną – musiał też „czuć szatnię”. Nie chodzi o to, że miał być miły, kochany i wspaniały; miał być stanowczy, ale... nie mógł być tylko stanowczy, ale zimny i nie słuchać nikogo. Przy Sermaku trenowało się bardzo ciężko, zima w 1. lidze była u niego wręcz katorżnicza, ale miał to „coś”, co sprawiało, że miał z drużyną świetne interpersonalne stosunki.
„Ja nie byłem wielce utalentowanym piłkarzem. Byłem piłkarzem przeciętnym” - ankieta personalna Rafała Góraka z magazynu kibiców Szczakowianki. Fot. archiwum Rafała Góraka
Powiedział pan, że dużo było w panu krnąbrności. Nie zastanawiał się pan, jak to będzie, gdy naprzeciw stanie 25 takich „Góraków” i każdy będzie pyszczyć swoje?
- Mam wrażenie, że pomógł mi fakt, że ja nie byłem wielce utalentowanym piłkarzem. Byłem piłkarzem przeciętnym. Piłkarze z iskrą Bożą i wielkimi umiejętnościami siedzieli obok mnie w szatniach. Janusz Małek, Darek Fornalak, Boguś Cygan, potem Maciek Iwański, Rysiek Czerwiec, Adam Kompała, Piotrek Gierczak, Jacek Wiśniewski. Przy nich trzeba było umieć grać w piłkę, żeby móc wyrażać swoje zdanie. Ja się zaliczałem do tych, co nie umieli, ale jednak byłem słuchany w szatni. To wtedy poczułem, zrozumiałem, że mam coś w sobie, co pozwala mi docierać do ludzi; że mam jakieś zadatki na lidera. Że w przyszłości, gdy znajdę się po drugiej stronie barykady, i stanę naprzeciw ludzi, z których każdy ma duże „ego”, jednak nie będę miał problemów, skoro teraz rację przyznaje mi sam Rysiek Czerwiec. Szatnia w Szczakowiance była dla mnie sprawdzianem mojej osobowości.
A jak reagowali w tamtych czasach trenerzy na pańską krnąbrność?
- Ta krnąbrność nie wynikała z tego, że chciałem być „na nie”. Po prostu pytałem o wiele rzeczy, by wyrobić sobie zdanie na konkretny temat i by zrozumieć.
I zawsze dostawał pan odpowiedź?
- Nie zawsze; często byli nerwowi, bo odbierali te pytania jako podważanie ich pozycji... Wszyscy – my i oni - nic nie wiedzieliśmy w tamtych czasach o tzw. kompetencjach miękkich. Nie kształcono trenerów w tym kierunku. Mówiono, że trener ma charyzmę, kiedy zarządza szatnią twardą ręką, a to nie miało nic wspólnego z prawdą, bo budowanie autorytetu nie na tym polega.
Pan jednak czasem zasadę twardej ręki też stosuje...
- Chyba powinienem, nie? Jestem ich szefem i zawodnicy muszą to wiedzieć, ale nigdy nie nadużywam swojego „szefowania”. I unikam krzyku, bo wydaje mi się, że czasami największym i najgłośniejszym krzykiem albo przekazem do drużyny gdy jest źle jest cisza. Łatwiej im wtedy zrozumieć, co jest we mnie.
Ktoś w pańskiej przeszłości taką ciszą przemawiał do drużyny?
- Może nie tyle przemawiał, co ona po prostu zapadała, kiedy wchodził do szatni – mam na myśli Edwarda Lorensa. Była tak głęboka ta cisza, że można było usłyszeć nie tylko fruwającą muchę, ale też pająka chodzącego po ścianie (śmiech). Taką miał charyzmę... Ale ja generalnie starałem się z każdego niemal trenera coś wyciągnąć. Fajnych trenerów spotkałem na przykład w moim ostatnim piłkarskim sezonie, w Ruchu Radzionków. Jasiu Pietryga i nieżyjący już Gienek Wyląg – prości trenerzy, warsztatowcy, ale gdybym ich dziś spotkał, to bym ich wyściskał. Sporo ich ćwiczeń pozapisywałem. Z Jaworzna – poza Markiem Motyką - wspominam i Janusza Białka, i mocno z nami pracującego zimą Albina Mikulskiego, no i Marka Koniarka, który był po niemieckiej szkole. Wrócił z niej z pełną gamą pomysłów na obciążenia. Pracował z takim zaangażowaniem, z jakim grał: bezpośrednio, z dużą ilością biegania. No po prostu „Koń” (śmiech), czyli symbol kolosalnie mocnego przygotowania fizycznego. Byli też Paweł Kowalski, Władysław Żmuda, Walter Winkler, Edek Lonka w Polonii jeszcze i wielu innych, bo nie chcę kogoś pomijać. To wszystko były dla mnie elementy budowania siebie jako przyszłego trenera.
No właśnie; budowanie to nie tylko kurs trenerski, ale też własne lektury, podglądanie pracy innych, analizy... Zabiera to pewnie kawał życia osobistego?
- I kosztuje sporo nerwów, emocji. U początku drogi byłem trenerem bardzo impulsywnym przy linii, rozkrzyczanym, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że to jest droga donikąd, bo w ten sposób bardziej daję upust swoim problemom niż podpowiadam zawodnikom. Przypomniałem sobie po prostu, że kiedy byłem na boisku, zza linii docierały do mnie tylko negatywne zdania, a one nic nie dają, bo jest już po błędzie; mleko się wylało. To były rzeczy, do których dojrzewałem sam. Na szczęście chyba jestem - albo byłem - pracoholikiem (śmiech). Dzisiejsi trenerzy dostają tę wiedzę na kursach UEFA Pro.
„U początku drogi byłem trenerem bardzo impulsywnym...” Podobne gesty mogą wyrażać jednak bardzo odmienne nastroje: frustrację bądź nieskończoną radość. Fot. Łukasz Laskowski i Kasia Dzierżyńska/PressFocus
Wiele się pewnie na tych kursach zmieniło od chwili gdy pan w nich uczestniczył?
- Dzięki dwóm awansom z Ruchem Radzionków – do 2. i do 1. ligi – kursy UEFA A i UEFA Pro robiłem niejako „na zakładkę”, w krótkim czasie - w Warszawie, bo Szkoły Trenerów w Białej Podlaskiej jeszcze nie było. Treści na pewno były inne. Mam dziś przyjemność gościć uczestników tych kursów – swoją drogą strasznie mocna na dwóch ostatnich była obsada: Dawid Szwarga czy Goncalo Feio, a teraz na przykład Karolina Koch - na treningu pokazowym w GKS-ie, więc wiem, co się im obecnie przekazuje. Myśmy kilkanaście lat temu rozmawiali o innych rzeczach. W tym kontekście musiałem samodzielnie „nadganiać”; szukać swej pozycji pomiędzy trenerami, którzy dzisiaj są naprawdę kształceni świetnie.
Wspomniany Dawid Szwarga to jeden z kilku trenerów, którzy w przeszłości pracowali w pańskim sztabie w roli asystenta...
- Kiedy siedem lat temu wróciłem do GieKSy, po jej spadku do 2. ligi, Dawid już tu był. I był bardzo przybity tym spadkiem. „Chyba lepiej byłoby mi wrócić do szkolenia indywidualnego piłkarzy, bo praca z drużyną to toksyna. Kiedy wygrywasz, jest fajnie; ale porażka potrafi cię wycisnąć, przemielić; tracisz pewność siebie” - mówił mi wtedy. Na szczęście podłapał mój optymizm, odzyskał pewność i odwagę, i pokazał w kolejnych latach, jak wiele potrafi. Fajnie, że również dzięki mnie stanął na nogi; podłapał ode mnie, że trzeba być twardym we wszystkim, a w drugą stronę – przez dwa lata współpracy starałem się jak najlepiej wykorzystać jego warsztat i wiedzę z korzyścią dla siebie. Nie mam z tym problemu by patrzeć, słuchać i uczyć się od młodszych, kształconych już zupełnie inaczej. Miałem zresztą szczęście do tych, z którymi współpracowałem, bo wielu z nich doszło bardzo daleko: Artur Skowronek, Grzesiek Mokry, Jarek Skrobacz, wspomniany Dawid, Tomek Włodarek. Dziś Dawid do mnie wrócił, przyjęcie przez niego mojej propozycji to ogromny dla mnie komplement. To jeden z najbardziej uzdolnionych trenerów młodego pokolenia w Polsce.
Złośliwi powiadają, że to pokolenie trenerów z tabletami i notebookami, a w którym momencie pan zamienił zeszyt na laptop?
- Już w Radzionkowie, gdzie wspaniałą robotę robił prezes Tomasz Baran. Wyposażał nas w nowinki technologiczne; nie tylko komputery, ale i systemy do mierzenia tętna, wysiłku itp. Dziś każdy trener ma wokół siebie całe grono współpracowników, którzy ogarniają te rzeczy, a ja wtedy musiałem sam te dane zrzucać, obrabiać, analizować i wyciągać wnioski, co zabierało mnóstwo czasu, ale dzięki temu mogłem stosować – jak to proponował profesor Jan Chmura – podział zawodników na grupy, pracujące z różną intensywnością; bo przecież nie każdy organizm jest taki sam. Najważniejsze zaś jest to, że dzięki temu wszystkich tych kwestii się nauczyłem, więc gdy dziś mam 18-osobowy sztab, mogę z każdym z jego członków rozmawiać o jego robocie, bo ją rozumiem. Oczywiście desygnuję obowiązki współpracownikom, ale na każdym elemencie – na przykład sposobie przygotowania motorycznego drużyny – to ja stawiam pieczątkę. Wiele rzeczy sam przez lata wypracowałem, sprawdziły mi się, i dziś – nie podważając wiedzy współpracowników – idę moją drogą.
Myśli pan, że tak to działa w każdym klubie?
- Nie wiem. Wiem, że nie zazdroszczę młodym trenerom wchodzącym teraz na rynek. Dostają kilkunastu ludzi do współpracy i muszą nimi zarządzić, a chodzi przecież o to, żeby - jako główny trener – nie dać sobie wcisnąć jakiejś ściemy albo wyłapać ewentualny, nawet niezamierzony, błąd w tej czy tamtej dziedzinie.
A zdarza się panu z członkami sztabu w GieKSie spierać na temat wniosków przez nich wyciągniętych z danych, które analizują?
- Zawsze oczekuję od współpracowników konkretnych wniosków. Oczywiście ja też mecz oglądam i go analizuję, a oni robią swoją robotę. Jeśli „mijamy się” w naszych spostrzeżeniach i wnioskach, absolutnie nie można zostawić takiej sprawy: ja muszę taki odmienny wniosek zrozumieć i albo się z nim zgodzić, albo podważyć i wyrzucić. Komunikat ze sztabu, który pójdzie do szatni, do zawodników, musi być jak biały dym w Watykanie: jednolity i spójny, niezależnie od tego, który z nas będzie go przekazywać. Bardzo o takie rzeczy dbam, więc tak, zdarza nam się gorąco dyskutować na temat rozbieżnych spojrzeń, aż do momentu znalezienia złotego środka. Natomiast najważniejsze jest to, że dzięki sztabowi nie muszę już – jak 15 lat temu – samodzielnie analizować wszystkich danych. To jest ogromny atut, wielki komfort pracy pierwszego trenera.
A co, jeśli ten ostateczny wniosek spotka się z „kontrą” już w samej szatni, od zawodnika?
- Wtedy zaczynamy „warsztat”, który jest dla mnie najcenniejszą częścią każdej odprawy. Mówiąc w skrócie: analizę meczu przygotowujemy dla zespołu w oparciu o pewien model zachowań na boisku. W nim każdy ma określone zadania i reakcje, ale czasem bywają sytuacje, w których trzeba ów model dopracować, rozważyć prawidłowość zachowania zawodników w danym momencie – bo oni widzą to trochę inaczej. Wtedy zawsze idziemy na boisko; rozgrywamy ileś powtórek danej akcji, aż do osiągnięcia wspólnego wniosku.
Czyli może się zdarzyć, że po takim „warsztacie” zmienia się coś w tym modelu?
- Oczywiście. Model cały czas żyje, bo ja nie jestem kimś, kto ma rację zawsze i w każdym momencie. Natomiast nie lubię czegoś takiego, że mówimy „można to zrobić tak albo tak”. Nie; odpowiedź zawsze musi być jednoznaczna. W szczególności, jeżeli jest to zadanie defensywne. To musi być zero-jedynkowe. Musimy wspólnie uznać, że to jest dla nas najlepsze i basta! Potem trzeba działać tak, jak sobie założymy. Fajnie, jak się ma z drugiej strony słuchaczy i na tyle kompetentnych piłkarzy, którzy rozumieją, że piłka to nie jest 10 przepisów dających rozwiązanie w każdej sytuacji. Ja takich mam!
Weszliśmy bardzo głęboko w tajemnice pańskiej pracy. To proszę powiedzieć jeszcze jak pan analizuje kandydata do gry w GieKSie?
- Najpierw jest aspekt czysto sportowy. Jeżeli widzimy, że zawodnik jest utalentowany w tych działaniach, które my uznajemy za wiodące na danej pozycji, i że jest predysponowany do gry w naszym modelu, pojawia się lista innych kwestii, które ostatecznie doprowadzają do tego, że składamy zawodnikowi ofertę.
A jeszcze ciut bliżej?
- Rozmawiamy z nim samym, z jego agentem, staramy się poznać jego mental. Są rzeczy, które mnie bardzo interesują: jak on potrafi słuchać; jak potrafi być skoncentrowany; czy chce się rozwijać w oparciu o to, jaki serwis dostanie, czy tylko poprzez to, że mu się wydaje, że jest dobrym piłkarzem, bo tacy zawodnicy też są.
Odrzucił pan już kiedyś kogoś z takiego właśnie względu?
- Tak. Żeby drużyna – i każdy z osobna – się rozwijała, potrzeba nam zawodników z bardzo konkretnym „mentalem”. Ale jest i druga strona medalu. Odrzucaliśmy też chłopaków, którzy sprawdzali się i w aspekcie sportowym, i charakterologicznym, ale „polegli” na etapie naszych prób motorycznych. To jest trudny moment dla obu stron: powiedzieć komuś, kto właściwie miał już wynegocjowany kontrakt, że jednak „wychodzimy z tematu”.
Niewielu jest w GKS-ie obcokrajowców, ale niektórzy do dziś nie mówią po polsku, a z tego, co pan mówił, wynika, że każde słowo jest ważne. Prowadzi pan odprawy po polsku?
- Tak, tylko po polsku. Obcokrajowcy mają osobną odprawę. Znam angielski, ale totalną swobodę w posługiwaniu się nim ma m.in. nasz analityk Marek Stepnowski, a chcę też, żeby prowadził te odprawy i odpowiadał na pytania zawodników także Artur Filipiak, nasz najmłodszy trener, którego widzę na kursie UEFA Pro i zrobię wszystko, żeby mu w tym pomóc. Wymieniam niektóre nazwiska, ale generalnie tak mocnego mentalnie i merytorycznie sztabu jeszcze – moim zdaniem - tutaj nie było.
Użył pan w stosunku do siebie słowa „pracoholik”. Myśli pan, że przez ten pracoholizm coś pan stracił w wymiarze rodzinnym?
- To jest zawsze trudne pytanie. Sport profesjonalny to jest taka wycieczka, w którą się zabierasz w pewnym momencie życia i którą chłoniesz, ale to się odbywa kosztem czegoś. Dla mnie wykładnikiem kosztów tego pracoholizmu są relacje z moimi dziećmi. Synowie mają dziś 25 i 21 lat. Skoro wciąż mam ich po swojej stronie, to wiem, że może nie byłem idealnym ojcem, ale dzisiaj chyba jestem dla nich idealnym kumplem, przyjacielem.
Bywały jednak trudne chwile?
- Było megaciężko, to prawda. Synowie pierwsi mi powiedzieli, że mam to rzucić i wracać do domu.
Kiedy?
- Bywali regularnie na meczach, słyszeli okrzyki i widzieli transparenty „Górak, pakuj walizki”. Franek, młodszy z nich, powiedział mi nawet, że przestaje chodzić na nasze spotkania. Bardzo to przeżywał; dwa razy wzywani byliśmy z żoną do dyrektora jego szkoły, bo odpowiedział agresją na fakt, że ktoś „jedzie” po jego tacie. Choć to megaspokojny i świetny chłopak, wdawał się w bójki, gdy pytano go: „Kiedy w końcu tego twojego ojca-wuefistę wywalą z GKS-u?”. To te łagodne zaczepki cytuję.
I jak pan się wtedy zachował w domu?
- Nie było długich rozmów, tłumaczenia... Powiedziałem rodzinie – ale przede wszystkim sobie – że nie popuszczę. Ciężko mi było z tym wszystkim, ale się zawziąłem i największą nagrodę po awansie do ekstraklasy odebrałem właśnie w domu. Gdy wróciłem z Gdyni do chaty, chłopaki czekali na mnie i powiedzieli w drzwiach: „No, jednak kozak jesteś! Nikt inny by tego nie wytrzymał”. Wielką rolę w tym, jacy jednak są, odegrała ich mama.
A skąd pan w sobie brał tę siłę?
- Osiedle chyba...
Co to znaczy?
- Jestem chłopak z bloku, typowy blokers. Pamiętam swoje stare osiedle, między Olimpijską a Wrocławską w Bytomiu. Trzepaki, ławeczki – zna to pan, bo rówieśnikami jesteśmy. Trzeba było pilnować swojego miejsca, bo jak trzy dni cię nie było, to inna ekipa się tam wbijała. Szkoła charakteru i waleczności; codziennie na podwórku, od rana do wieczora. To ta rywalizacja przygotowała mnie do sportu.
Rywalizacja czasem na pięści?
- Jak ktoś na osiedlu mieszkał, to wie, że pięści czasem szły w ruch. Zdarzało się, że mecz „blok na blok” kończył się taką dogrywką. Na starym Knajfeldzie była ekipa związana z hokeistami Polonii, my mieliśmy swoją piłkarską grupę. Była masa emocji między młodymi chłopakami. Do tego dochodziły sytuacje typowe dla końcówki komuny. Jak wujek z „efu” (Republiki Federalnej Niemiec – dop. aut.) przysłał ci adidasy-nówki, to zaraz było kilku chętnych, żeby ci je „poświęcić”, czyli nadepnąć i pobrudzić (śmiech). Tak, to była szkoła na całe życie, ale najczęściej rywalizowaliśmy po prostu grając w piłkę. Z tego wszystkiego do dziś czerpię energię!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Blokers nagrodzony półtorej dekady później! Rafał Górak z pucharem za awans GieKSy do ekstraklasy. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
