Jedyny, niepowtarzalny, bezcenny
Niedawno upłynęło pół wieku od brązowego medalu igrzysk olimpijskich, wywalczonego przez polskich szczypiornistów w Montrealu. Tak zacna rocznica musiała zostać uczczona w godny sposób.
Na igrzyskach w 1976 roku mieliśmy drużynę na medal. Brązowy medal! Fot. Antykwariat sportowy
W Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu odbyła się uroczysta gala pt. „Polska piłka ręczna na Igrzyskach Olimpijskich”, podczas której świętowano 50. rocznicę zdobycia przez reprezentację Polski mężczyzn brązowego medalu na igrzyskach olimpijskich w Montrealu w 1976 roku. Wydarzenie zorganizowane przez Stowarzyszenie Zasłużonego Reprezentanta Polski oraz Związek Piłki Ręcznej w Polsce było okazją do spotkania kolejnych pokoleń olimpijczyków, przypomnienia najważniejszych momentów w historii polskiej piłki ręcznej oraz uhonorowania osób, które przez lata współtworzyły jej dorobek. Ważnym momentem uroczystości było również uczczenie 90. urodzin Honorowego Prezesa ZPRP, profesora Janusza Czerwińskiego.
Głos ma kapitan
Łącznie olimpijska historia polskiej piłki ręcznej to 5 występów reprezentacji mężczyzn, 33 mecze i 18 zwycięstw. Za każdym razem Biało-czerwoni kończyli rywalizację w dziesiątce. Przypomnijmy ten najważniejszy start, bo medalowy, opierając się na niedawno wydanej biografii kapitana reprezentacji Polski sprzed pół wieku, Zygfryda Kuchty pt. „Zygfryd Kuchta - Ręka do medali”.
W Łodzi, prawie 6400 km na wschód od kanadyjskiej stolicy XXI Letnich Igrzysk Olimpijskich, jest już po północy. Za kilka godzin rozpocznie się kolejny roboczy dzień; również w miejscowej Anilanie. Włókniarki (bo zdecydowana większość pracowników to kobiety) staną przy swych maszynach. Niewiele z nich więc zobaczy, jak Zygfryd Kuchta, duma i chluba reprezentacji piłki ręcznej, której patronem jest ich zakład, na 63 sekundy przed końcem drugiej części dogrywki spotkania o brązowy krążek z RFN, przebiegnie z piłką ponad połowę boiska („wykorzystując nieprzeciętne umiejętności kozłowania” - napisze po latach Władysław Zieleśkiewicz w monumentalnej pracy „100 lat polskiej piłki ręcznej”; sam Kuchta powie zaś po prostu: - Wykorzystałem doświadczenie z koszykówki), a potem rzuci skutecznie z 6 metrów. To będzie kropka nad „i” w długiej drodze rodzimej piłki ręcznej po olimpijski medal: do dziś jedyny w dziejach dyscypliny, choć przecież pokoleń zawodników utalentowanych może nawet bardziej niż to z połowy lat 70. w kolejnym półwieczu nam nie brakowało.
Katorżnicza praca
- Wiosną 1976 zorganizowano nam kolejne zgrupowanie w Tatrach. Dosłownie. Przez dwa tygodnie mieszkaliśmy w... schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Spaliśmy w 14-osobowej (!) sali, na piętrowych łóżkach. Ciepła woda? Owszem, była. Na... sygnał, po cichu, żeby turyści nie zdążyli nam jej zabrać! Namoczyć się, namydlić, spłukać jak najszybciej, by dla wszystkich kolegów starczyło...
Ot, codzienność kadrowiczów - późniejszych medalistów olimpijskich! - w połowie lat 70. A treningi? - W maju szlaki były jeszcze zaśnieżone, ale słońce z dnia na dzień operowało coraz mocniej, zamieniając w wielu miejscach śnieżno-lodową skorupę w wodę i błoto. Brodziliśmy więc w tej brei, w trampkokorkach jedynie, zapadając się miejscami po kostki. Czasem trzeba było na miejscu zdjąć buty, wyżąć skarpetki, założyć z powrotem i... dalej w trasę - tak zapamiętał przedolimpijskie przygotowania Zygfryd Kuchta.
„Staśko” i „Jaśko” - mocarny duet
Po tatrzańskiej harówce był tarnowski dwumecz z gospodarzami igrzysk, a potem - dwa silnie obsadzone turnieje: w Barcelonie i Niszu, przedzielone jeszcze dwumeczem z Duńczykami w Kopenhadze. A na koniec, przed wylotem do Montrealu, jeszcze podwójna konfrontacja z Bułgarami. Było parę porażek, ale była i wielka wiara we własne możliwości. Było wsparcie od selekcjonerów Stanisława Majorka i Janusza Czerwińskiego. Kuchta uśmiecha się życzliwie na myśl o opiekunach drużyny narodowej w Montrealu... - „Staśko” i „Jaśko” ich nazywaliśmy. Jeden był stonowany, wyciszony, drugi to typowy guru. Pierwszym trenerem był Majorek, na nim spoczywała odpowiedzialność za wynik, on prowadził odprawy. Ale ufał Czerwińskiemu, dobrze się uzupełniali - wspomina bohater tej opowieści. Czerwiński cztery lata wcześniej prowadził reprezentację na igrzyskach w Monachium. Zastąpił go Majorek, którego pierwszym warunkiem było jednak... wcielenie Czerwińskiego do reprezentacyjnego sztabu. I tak zbudowano mocarny duet, który w 1974 przyniósł polskiemu szczypiorniakowi miejsce w czwórce najlepszych drużyn świata, a dwa lata później - olimpijski brąz.
Niepocieszony Jerzy Klempel
Pierwszym rywalem Biało-czerwonych na kanadyjskiej ziemi byli Tunezyjczycy. Mecz bez historii, wygrany bardzo pewnie (26:12), który jednak - jak się za chwilę okazało - nie miał żadnego znaczenia dla układu tabeli i nawet nie został w niej uwzględniony. Dlaczego? Igrzyska - wbrew idealistycznemu założeniu ich apolityczności - zawsze miewały w sobie sporą nutę jakiejś ideologii. W Kanadzie też nie zabrakło politycznej demonstracji: najpierw zrezygnował ze startu Tajwan, a kiedy MKOl nie zgodził się na odsunięcie Nowej Zelandii (reprezentacja rugby tego kraju poleciała na tournee do RPA, w której panował system apartheidu), z igrzysk wycofała się spora grupa krajów afrykańskich. W tym właśnie Tunezja. - Najbardziej niepocieszony tym faktem był Jurek Klempel. Miał bowiem ambicje zdobycia korony króla strzelców całego turnieju, tymczasem 15 bramek rzuconych Tunezyjczykom i dających mu miano lidera tej klasyfikacji, zostało anulowanych. Był naprawdę zbulwersowany tym faktem, wręcz wściekły - wspomina Zygfryd Kuchta.
Pokaz siły
Mecz z Tunezyjczykami - choć skreślony z olimpijskich kronik - był potwierdzeniem, że Polaków stać na wiele. Wspomniany Klempel - młody chłopak z Opola, który był jednym z odkryć czteroletniego okresu międzyolimpijskiego, odżałował jeszcze zabrane mu gole, więc w drugim starciu - też w Shrebrooke - rolę egzekutora wziął na siebie Alfred Kałuziński. Jego 8 trafień stanowiło niemal połowę naszego dorobku w starciu z Węgrami (18:16) - niełatwego, bo jeszcze w 50 minucie rywale prowadzili 13:12!
Planowo z Czechami i USA
Kolejne spotkanie, z medalistami olimpijskimi sprzed czterech lat, Czechami, okazało się pokazem siły Polaków. Co prawda po początkowym prowadzeniu 6:1 nasi dali się rywalom dogonić (7:7), ale na przerwę schodziliśmy z minimalną przewagą po golu trzeciego - obok Kuchty i Andrzeja Szymczaka - Łodzianina w ekipie, Ryszarda Przybysza, a po zmianie stron już kontrolowaliśmy przebieg gry. Tylko raz (17:16) przeciwnicy zbliżyli się na dystans gola. Wygrana 21:18 - połączona z późniejszym „planowym” zwycięstwem z USA 26:20 - oznaczała, że w grupie A Polacy zajmą co najmniej 2. miejsce! Zagrają więc wymarzony mecz o medal. Ale jakiego koloru? O tym zdecydować miał bój z Rumunami, który - po dwóch występach w Sherbrooke oraz meczach w Laval i Montrealu - mieliśmy stoczyć w Quebec.
Złoty pociąg odjechał, ale...
Nasi, by zająć 1. miejsce i zapewnić sobie grę o złoto, mogli nawet zremisować, bo Rumuni wcześniej stracili punkt z Czechosłowacją. Mecz zaczął się po naszej myśli. Pięciokrotnie obejmowaliśmy prowadzenie, pięciokrotnie jednak rywale - do stanu 5:5 - wyrównywali. Jeszcze kilkukrotnie (6:6, 8:8, 9:9, 12:12) na tablicy wyników widniał remis, ale - m.in. po „pudłach” Kałuzińskiego, Jerzego Melcera i Jana Gmyrka - Rumuni wywalczyli sobie dwubramkową przewagę (14:12). Doszliśmy ich jeszcze na gola (15:16), graliśmy w przewadze (!), ale nie zdołaliśmy wyrównać i na 28 sekund przed końcem przeciwnicy postawili kropkę nad „i”. Złoty pociąg odjechał i trzeba się było sprężać na starcie o brązowy medal. W dniu spotkania najważniejsza była oczywiście odprawa. - „To wy się teraz Niemcom nie postawicie? Po tym wszystkim, co nam, Polakom, w czasie wojny zrobili?” - słyszeliśmy w szatni przed meczem o brąz, w jego przerwie, no i przed dogrywką. Dziś wielu się będzie z tego śmiać, ale właśnie tak nas wtedy, na patriotyczną nutę, mobilizowano! - wspomina Kuchta.
Będzie dogrywka!
Wreszcie gwizdek - no i jazda! 1:0, 1:1, 2:1, 2:2, 3:2, 3:3, 4:3, 4:4, 5:4, 5:5 - całkiem jak w feralnym meczu z Rumunią! Potem dalej: 6:5, 6:6, 7:6, 7:7, 8:7... Do przerwy 11:9, potem 16:13, wreszcie - na 180 sekund przed upływem regulaminowych 60 minut gry - trzybramkowe (17:14) prowadzenie. Dwuminutowe wykluczenie Piotra Cieśli, gol rywali z karnego. Niemcy przechodzą na krycie indywidualne i... jest karny dla Polski, który Klempel „machnął” nad poprzeczką. Potem gol kontaktowy przeciwników. Wolny dla Niemców na 12 sekund przed końcem i 2 sekundy później wyrównuje Joachim Deckarm... 17:17... Gwizdek... Będzie dogrywka, będzie najdłuższy mecz tego turnieju... - Wciąż mam w pamięci tę bramkę Deckarma na wagę dogrywki - mówi Zygfryd Kuchta, wspominając przy okazji postać niemieckiego rozgrywającego. - W jakimś meczu pucharowym uderzył głową o parkiet o betonowym podłożu. Sparaliżowało go, jeździł na wózku inwalidzkim, długo miał problemy nawet z kontaktowaniem się. Pomogła mu dopiero długa i żmudna rehabilitacja.
Łzy rozpaczy, łzy szczęścia
Co było w dogrywce? - Wyszliśmy na nią mocno spięci, ale Wojtek Gmyrek dobrze rozprowadzał piłkę. Od razu objęliśmy prowadzenie, co nas bardzo podbudowało. Mieliśmy ostoję w bramce, rywale w ciągu 10 minut rzucili ledwie jednego gola.
Łzy polały się po obu stronach barykady. U Niemców - rozpaczy. U Polaków - szczęścia. Był taniec radości, były uściski, niektórym wciąż przypominające... parkietowe starcia i walkę wręcz, jaka trwała przez 70 minut. Do radości - już w szatni - przyłączyli się polscy dygnitarze, Bolesław Kapitan i Marian Renke. A co zanotował w tym momencie w pamięci Zygfryd Kuchta? Ciekawa to refleksja... - Zapamiętałem... zmęczenie. Nie ma go w trakcie gry, przy maksymalnej koncentracji. 20-tysięczna wypełniona po brzegi hala Forum - widownia bardziej teatralna, nagradzająca brawami za dobre zagranie zarówno jeden, jak i drugi zespół - przez całe spotkanie niosła nas szalonym dopingiem. Adrenalina była na najwyższym poziomie, a po końcowym gwizdku - euforia. Ale zaraz potem przyszło właśnie zmęczenie. A świadomość tego, czego dokonaliśmy, skala naszego sukcesu, zaczęła do nas docierać dopiero później, tym bardziej że szampanów w hali nie było. Alkoholu w wiosce olimpijskiej nie ma, więc na takie okazje trzeba sobie samemu przygotować trunek na toast, a my - skupiając się na przygotowaniach do meczu - kompletnie o tym nie myśleliśmy.
Wesoły samolot
- Medale? Dostaliśmy je po wielkim finale, w którym Rosjanie ograli Rumunów (19:15) - tyle zapamiętał z tego wielkiego dnia Zygfryd Kuchta. Ale co się odwlecze... - W drodze do kraju była jednak okazja do świętowania, bo wracali z nami między innymi złoci siatkarze. To był naprawdę wesoły samolot. Stewardessy roznosiły alkohol, niektórym szybko zaszumiało w głowie. Heniek Średnicki „podskakiwał” do Andrzeja Szymczaka, grożąc, że mu przyłoży. Biorąc pod uwagę, że Heniu „chodził” w wadze do 56 kg, a „Szymek” był niemal dwa razy cięższy, nie wróżyłbym Średnickiemu powodzenia w takim pojedynku. Wesoło było, oj wesoło... - Zygfryd Kuchta do teraz uśmiecha się na wspomnienie wydarzeń na pokładzie samolotu PLL LOT.
Maluch w nagrodę
W kraju - poza rodzinami, z którymi w czasie turnieju właściwie nie było kontaktu, bo na łączenie międzynarodowe z Łodzi do Montrealu czekało się wówczas po kilka godzin, i to bez gwarancji powodzenia - na brązowych medalistów czekała jeszcze nagroda pieniężna w wysokości 500 dolarów (mniej więcej roczna pensja ówczesnego robotnika) oraz talon na samochód. Polonezy należały się mistrzom; wicemistrzowie olimpijscy kwitowali odbiór „biletu” na Fiata 125 p. Piłkarzom ręcznym - podobnie jak innym zdobywcom 3. miejsca - z państwowego przydziału dostał się Maluch.
Zbigniew Cieńciała
Historia występów reprezentacji Polski na IO
◼ 1972 Monachium
To był debiut Biało-czerwonych i pierwszy po wojnie turniej olimpijski w odmianie 7-osobowej. Drużyna prowadzona przez Janusza Czerwińskiego, Mariana Rozwadowskiego i Jerzego Tila zajęła 10. miejsce. Polacy odnieśli wówczas pierwsze w historii zwycięstwo w olimpijskim turnieju, pokonując Danię 11:8.
◼ 1976 Montreal
Największy sukces w historii polskiej piłki ręcznej na igrzyskach. W Montrealu reprezentacja prowadzona przez Stanisława Majorka i Janusza Czerwińskiego wygrała pięć z sześciu spotkań. Po półfinałowej porażce z Rumunią (15:17) w meczu o brązowy medal Biało-czerwoni pokonali reprezentację RFN 21:18. Brąz z Montrealu do dziś pozostaje jedynym olimpijskim medalem wywalczonym przez reprezentację Polski mężczyzn w piłce ręcznej.
◼ 1980 Moskwa
Trzeci z rzędu występ Polaków na olimpijskim turnieju. Zespół prowadzony przez Jacka Zglinickiego i Boguchwała Fularę zajął 7. miejsce. Biało-czerwoni odnieśli m.in. najwyższe zwycięstwo w olimpijskiej historii, pokonując Kubę 34:19. Królem strzelców turnieju został Jerzy Klempel - 44 bramki.
◼ 2008 Pekin
Na kolejny olimpijski występ trzeba było czekać aż 28 lat. W stolicy Chin reprezentacja prowadzona przez Bogdana Wentę i Daniela Waszkiewicza, przystępowała do rywalizacji jako świeżo upieczony wicemistrz świata. Biało-czerwoni zakończyli turniej na 5. miejscu, wygrywając pięć z ośmiu spotkań. O braku awansu do strefy medalowej zdecydowała ćwierćfinałowa porażka (30:32) z Islandią.
◼ 2016 Rio de Janeiro
Ostatni jak dotąd olimpijski występ reprezentacji Polski. Drużyna Tałanta Dujszebajewa i Roberta Lisa dotarła do półfinału. Po zwycięstwie 30:27 nad Chorwacją w ćwierćfinale Polacy przegrali po dogrywce z Danią 28:29, a następnie w meczu o brąz ulegli Niemcom 25:31. Podczas turnieju Karol Bielecki zdobył 55 bramek i jako drugi Polak w historii został królem strzelców olimpijskiego turnieju.
Brązowa drużyna
◼ Skrzydłowi: Zdzisław Antczak, Janusz Brzozowski, Jerzy Melcer, Ryszard Przybysz.
◼ Rozgrywający: Piotr Cieśla, Jan Gmyrek, Alfred Kałuziński, Jerzy Klempel, Zygfryd Kuchta, Włodzimierz Zieliński.
◼ Obrotowi: Andrzej Sokołowski.
Trenerzy: Stanisław MAJOREK i Janusz CZERWIŃSKI.
Pierwszoplanową postacią gali w Kaliszu był kapitan brązowego zespołu, Zygfryd Kuchta. Fot. ZPRP
