Gwiazd musiałbym szukać z lupą

Rozmowa z Ryszardem Komornickim, czterokrotnym mistrzem Polski, od prawie czterech dekad mieszkającym w Szwajcarii

„Tańczący z piłkami”, czyli Brighton Labeau (z prawej) w akcji. Fot. SPP/SIPA USA/PressFocus

Jest kilka szwajcarskich klubów, które z pewnością kibicom w Europie znane są lepiej niż FC Thun. No to... skąd się wziął niespodziewany mistrz Szwajcarii?

- Trochę... znikąd (śmiech). Oczywiście upraszczam, bo przecież w przeszłości – fakt, że już odległej, 20 lat temu – zespół grał nawet w fazie grupowej Champions League (awansował do niej jako wicemistrz kraju – dop. aut.). Ale to, czego dokonał w minionym sezonie, było bardzo niespodziewane: zdobył mistrzostwo jako beniaminek.

Są jakieś sensowne powody, że potrafili zdystansować takie firmy, jak Basel, Young Boys Berno czy Lausanne?

- DNA. Takie klubowe, lokalne DNA. Mały klub, małe miasteczko, ludzie bardzo zżyci z sobą. Nawet – jak to w Szwajcarii bywa – mają swój lokalny dialekt. To wszystko tworzy jedną wielką wspólnotę. Charakterną, jak widać. Właściwie wszyscy ważni ludzie w FC Thun – od prezesa począwszy, przez dyrektora sportowego, aż po kolejnych trenerów – są stąd, od lat związani z klubem, byli jego zawodnikami. Poprzedni szkoleniowiec, Mauro Lustrinelli (odszedł do Unionu Berlin – dop. aut.), grał nawet w Lidze Mistrzów w tym sezonie, kiedy zespół do niej awansował. A obecny trener, Gian-Luca Privitelli, przez lata pracował z młodzieżowymi zespołami FC Thun (ostatnio był selekcjonerem szwajcarskiej kadry U-20 – dop. aut.). Zna od podszewki klub, zawodników. Krótko mówiąc: od lat w klubie sami sobie „wychowują” kolejnych działaczy, dyrektorów, trenerów. Nie mają pieniędzy na kupowanie piłkarskich gwiazd – żeby się ich doszukać, musiałbym wziąć lupę (śmiech) - więc poszli w kolektyw. No i – przy słabszym sezonie tych wielkich w lidze szwajcarskiej – wyrwali, co się dało. Ale nie ujmujmy niczego mistrzom, bo to nie był przypadek; tytuł zdobyli w cuglach. Mieli swój styl, dopasowali do niego piłkarzy i zrobili swoje.

Ale jak się patrzy na obecne wyniki w lidze: 3:1 z Luzerną, ale potem 0:6 z Young Boys u siebie i 2:4 z Basel, to z obroną tytułu mogą mieć problem.

No bo tylko Górnik w latach 80. był tak mocny, że cztery razy z rzędu sięgał po mistrzostwo (śmiech). Latem odeszło paru ważnych zawodników, a niekoniecznie ściągnięto równie dobrych na ich miejsce. Poza tym – jak powiedziałem – Thun to jednak najpierw klub środowiskowy przede wszystkim, a dopiero później – zawodowy. Przykład? Kiedy na parę kolejek przed końcem zagwarantowali sobie mistrzostwo, całą ekipą wsiedli w samolot i polecieli gdzieś do Hiszpanii - na Majorkę bodaj – żeby go świętować, żeby się bawić. W trakcie rozgrywek, mając do rozegrania ligowe mecze z drużynami, które – w przeciwieństwie do nich - jeszcze o coś walczyły! Tak się raczej nie zachowuje profesjonalny klub, nawet jeśli właśnie po raz pierwszy zdobył mistrzostwo!

Początki – patrząc na wyniki ligowe – są trudne dla wspomnianego przez pana nowego trenera, Privitellego. Czemu?

- Mówiłem już o personalnych stratach. Po drugie – oglądając zwłaszcza ich mecze ligowe miałem wrażenie, jakby przestali bronić; jakby w ogóle nie przejmowali się zadaniami defensywnymi. Być może jest to wynik zawieszenia na parę kolejek ligowych Marco Bürkiego, ich najbardziej doświadczonego gracza, lidera obrony i całego zespołu. Ale chyba nie tylko o to chodzi. W poprzednim sezonie cechowała ich wielka dyscyplina; walka o każdą piłkę, agresja; byli po prostu bardzo nieprzyjemnym rywalem dla każdego. A teraz wyglądają tak, jakby tej woli walki i konsekwencji w grze – zwłaszcza obronnej - nie mieli wcale! Nie gryzą trawy, jak w minionych rozgrywkach.

Zagubili te elementy na „balangach” w Hiszpanii?

- Być może chodzi o co innego. Privitelli do tej pory pracował niemal wyłącznie z młodzieżą; nie prowadził jeszcze profesjonalnego dorosłego zespołu. Kiedy pracujesz z zawodowcami, cwaniakami kutymi na cztery nogi, najważniejsze jest utrzymanie ich w ryzach; czasem trzeba dać im po głowie albo kopa w d...., a nie tylko głaskać po główce i mówić „grajcie fajnie”. Jeżeli dasz im palec, od razu urwą ci rękę, jeśli od nich nie wymagasz profesjonalizmu. Tymczasem ja widziałem jeden czy drugi wywiad z trenerem Thun. Dużo mówił w nich o psychologii, międzyludzkich kontaktach itp. Trochę jakby trenował juniorów albo trampkarzy, gdzie tymi aspektami można wiele ugrać. Same „czucie klubowego klimatu”, znajomość z dyrektorem czy prezesem, nie wystarczą. Trzeba przenieść wiedzę i umiejętności na zespół.

Ale w rywalizacji z Dinamem Zagrzeb w drugiej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów byli o krok o awansu. Po remisie u siebie, prowadzili w Chorwacji już 2:0!

- Nie pamiętam szczegółów tamtego meczu. Natomiast mogę sobie wyobrazić, że jego końcówka musiała wyglądać tak, jak mecz z Young Boys, przegrany 0:6. Przy każdej z bramek rywala Thun miało we własnym polu karnym przewagę liczebną! A mimo to dopuszczało przeciwników do strzałów! Nie było agresywnego ataku, doskoku, nie było asekuracji partnera, za to były duże przestrzenie między broniącymi.

Marco Bürki karę w lidze odpokutował. Ogarnie tę obronę Thun?

- To dobry piłkarz; nie tylko pod własną bramką, ale i bramką rywala. Potrafi dobrze wejść na rzut rożny czy wolny. Generalnie zaś nie sugeruję Lechowi obaw przez przeciwnikiem, natomiast poważne jego potraktowanie – jak najbardziej. Bo kilka indywidualności w Thun jednak gra. Jeśli pozwoli się im grać, potrafią to wykorzystać.

Świetnie snajpersko – pięć goli w siedmiu meczach - zaczął sezon Brighton Labeau.

- Silny chłopak, dobrze się „rozpycha” w polu karnym, zwłaszcza przy stałych fragmentach. Dobre mają też Szwajcarzy skrzydła: z dryblingiem, szybkością, uderzeniami z lewej i prawej nogi. W lidze w zeszłym sezonie byli trudni do rozszyfrowania. Natomiast – i to jest dobra wiadomość dla Lecha – zdecydowanie jeszcze nie są stabilni u progu sezonu, ani w defensywie, ani w ofensywie. No i jeszcze ta naiwność...

To znaczy?

- Nastawienie na rozgrywanie piłki od własnej bramki. Ile oni już goli stracili na skutek mocnego pressingu rywali i strat przed własnym polem karnym... To też przyzwyczajenie Privitellego z pracy z juniorami, gdzie ważne było „fajne pogranie” i rozwój indywidualny, a nie – przegrana z powodu takiego błędu. Dlatego będzie się liczyć nie tylko intensywność i jakość gry Lecha, ale też mądrość?

To znaczy?

- Czasem warto dać przeciwnikowi pograć. I zaatakować wtedy, gdy jest już pewien, że cię ma. 

Tak jak zrobiło Aarhus w Poznaniu?

- Na przykład.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Ryszard Komornicki faworyta pucharowej rywalizacji widzi w lechitach. Fot Łukasz Sobala/Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się