Filmowa historia „Ferytale”
Arthur Fery skończył 24 lata w niedzielę, dokładnie w dniu finału gry pojedynczej mężczyzn. Był od niego o krok, choć przed rozpoczęciem turnieju pozostawał zawodnikiem nieznanym, nawet wśród zagorzałych brytyjskich kibiców tenisa.
Skromny, spokojny i obdarzony dużym poczuciem humoru Fery szybko kupił sympatię nie tylko brytyjskich kibiców. Fot. PAP/EPA
Kazimierz Mochliński z Londynu
Tegoroczny Wimbledon był niezapomniany przede wszystkim dzięki wyczynom Arthura Fery'ego, którego awans do półfinału gry pojedynczej był osiągnięciem niemal niewiarygodnym. Przed rozpoczęciem turnieju pozostawał zawodnikiem praktycznie nieznanym, nawet wśród zagorzałych brytyjskich kibiców tenisa.
23-letni Fery już wcześniej udowodnił, że potrafi grać na trawie. Dotarł do ćwierćfinału poprzedzającego Wimbledon turnieju HSBC Championships w klubie Queen's, gdzie uległ dopiero późniejszemu zwycięzcy, Francisco Cerundolo. Jak się jednak okazało, był to jedynie przedsmak tego, co miał zaprezentować kilka tygodni później, awansując aż do półfinału Wimbledonu.
Po angielsku słowo „tale” oznacza „opowieść”, a „fairytale” – „bajkę” lub „baśniową historię”. Brytyjskie media błyskawicznie podchwyciły grę słów, określając niespodziewany marsz Arthura przez turniej mianem „Ferytale”, ponieważ wymowa tego określenia niemal nie różni się od słowa „fairytale”.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej trudno było sobie wyobrazić, że jakiekolwiek wydarzenie sportowe zepchnie piłkarskie mistrzostwa świata z czołówek brytyjskich gazet i portali internetowych - reprezentacja Anglii wygrywała kolejne mecze i jest realnym kandydatem do zdobycia Pucharu Świata; a jednak dokonała tego właśnie seria zwycięstw Fery'ego.
Zrzucił legendy z pagórka
To, że Fery na zawsze zapisał się w historii Wimbledonu, najlepiej pokazuje decyzja organizatorów dotycząca słynnego pagórka na terenie All England Club. To właśnie tam kibice, którzy mają bilety na teren obiektu, lecz nie posiadają wejściówek na główne korty, oglądają najważniejsze mecze na wielkim ekranie.Miejsce to pod koniec ubiegłego wieku zyskało przydomek „Henman Hill”, a później przemianowano je na „Murray Mount” na cześć dwóch najwybitniejszych brytyjskich tenisistów swoich czasów. Teraz hołd dla Tima Henmana i Andy'ego Murraya ustąpił miejsca nowej nazwie – „Arthur's Seat”, nawiązującej do słynnego wzgórza górującego nad Edynburgiem. Sam Fery przyznał, że z trudem uwierzył w tak wyjątkowe wyróżnienie i możliwość dołączenia do grona swoich wielkich poprzedników.
Henman czterokrotnie docierał do półfinału Wimbledonu, Murray siedem razy, zdobywając po drodze dwa tytuły mistrzowskie. Po nich jedynie Cameron Norrie zdołał raz awansować do najlepszej czwórki turnieju. Dzięki tegorocznemu sukcesowi Fery awansował na 36. miejsce rankingu ATP i został najwyżej notowanym brytyjskim tenisistą, wyprzedzając Norriego.
Od początku ery Open w 1968 roku zaledwie pięciu reprezentantów gospodarzy awansowało do półfinału gry pojedynczej mężczyzn na Wimbledonie. Najnowszy z nich, Arthur Fery, ma zresztą niezwykły związek z pierwszym brytyjskim półfinalistą tamtej epoki, Rogerem Taylorem. Żona Taylora była bowiem jedną z jego pierwszych trenerek.
To właśnie Alison Taylor udzieliła Fery'emu pierwszej w życiu lekcji tenisa, gdy miał zaledwie cztery lata. Odbyła się ona na kortach niewielkiego klubu Westside, położonego niedaleko Wimbledonu. Arthur wychował się zresztą zaledwie kilka minut od All England Club, a z okolic rodzinnego domu niemal codziennie oglądał charakterystyczny dach Centre Court.
Francuzów ładnie przeprosił
Co prawda urodził się w Paryżu, a jego rodzice są Francuzami, którzy przeprowadzili się do Londynu, gdy był jeszcze bardzo małym dzieckiem. Nic więc dziwnego, że również francuskie media z ogromnym zainteresowaniem śledziły jego sukcesy, rywalizując z brytyjskimi redakcjami liczbą i obszernością materiałów poświęconych jego występom.Sam Fery szybko uciął jednak wszelkie spekulacje dotyczące swojej narodowej tożsamości. Podkreślił, że jego pierwszym językiem jest angielski, a po ukończeniu King's College School w Wimbledonie czuje się przede wszystkim Brytyjczykiem, a nie Francuzem. Potwierdził to również podczas nietypowego spotkania po zwycięstwie w ćwierćfinale nad Włochem Flavio Cobollim.
Na klubowym tarasie usiadł pomiędzy Timem Henmanem a Marion Bartoli, mistrzynią Wimbledonu z 2013 roku. Obecny obok John McEnroe, trzykrotny zwycięzca Wimbledonu w grze pojedynczej, zapytał go wprost o sportową rywalizację Anglii i Francji o jego względy, prosząc, by symbolicznie wybrał pomiędzy Timem a Marion.
Skromny, spokojny i obdarzony dużym poczuciem humoru Fery z uśmiechem przeprosił Bartoli, przyznając, że jego serce należy jednak do Wielkiej Brytanii. W piłce nożnej kibicuje przede wszystkim reprezentacji Anglii, a dopiero w drugiej kolejności Francji. Takie słowa tylko zwiększyły jego popularność wśród brytyjskich kibiców, którzy od tego momentu dopingowali go jeszcze goręcej.
Podążył śladami Mai
McEnroe i Henman żartobliwie rywalizowali w obecności Fery'ego o to, komu należy się większa zasługa za jego sukcesy. Amerykanin przypomniał, że przez lata był odpowiedzialny za rozwój programu tenisowego na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii, gdzie zarówno on, jak i Arthur zdobywali wykształcenie. Z kolei Henman zauważył, że zasiada obecnie w komitecie organizacyjnym Wimbledonu i to właśnie on poparł przyznanie Fery'emu „dzikiej karty” do tegorocznego turnieju.
Zaledwie dwóch zawodników, którzy ją otrzymali, zdołało w historii turnieju awansować aż do półfinału. Specjalne zaproszenia trafiają zazwyczaj do młodych brytyjskich tenisistów, jednak w 2001 roku skorzystał z niego również były finalista Goran Ivanisević. Chorwat odwdzięczył się organizatorom w najlepszy możliwy sposób – zdobywając tytuł mistrzowski.
Fery dołączył tym samym do wyjątkowego grona półfinalistów tegorocznej edycji. Podobnie jak miesiąc wcześniej Maja Chwalińska podczas Roland Garros, Brytyjczyk rozpoczynał Wimbledon jako 114. zawodnik rankingu ATP. W przeciwieństwie do Polki nie musiał jednak przebijać się przez kwalifikacje, ponieważ otrzymał „dziką kartę”. Ostatecznie nie zdołał pójść o krok dalej niż Chwalińska i awansować do finału. W półfinale wyraźnie lepszy okazał się Alexander Zverev, uskrzydlony niedawnym triumfem w Paryżu.
Zdeprymować też się nie dał
Fery przyznał później, że nigdy wcześniej nie mierzył się z tenisistą serwującym tak potężnie i uderzającym piłkę z taką siłą, jak Niemiec. Różnicę między oboma zawodnikami było zresztą widać już podczas ich wyjścia na Centre Court. Z jednej strony mierzący 198 cm Zverev, z drugiej – liczący oficjalnie 175 cm Fery - przynajmniej według oficjalnych danych. W rzeczywistości Arthur sprawia wrażenie jeszcze niższego, co w przyszłości może być pewnym ograniczeniem, zwłaszcza na twardych kortach Australian Open i US Open. Historia pokazuje jednak, że nie jest to przeszkoda nie do pokonania. Emma Raducanu, mimo skromniejszych warunków fizycznych, sięgnęła po tytuł mistrzyni US Open w 2021 roku.
Dokonała tego po przejściu przez kwalifikacje – podobnie jak Chwalińska dotarła do finału Roland Garros. Obie tenisistki pokazują Fery'emu, że nawet najbardziej śmiałe marzenia mogą się spełnić. Cennym wsparciem pozostaje dla niego również Marion Bartoli, wieloletnia znajoma jego rodziców, która chętnie dzieli się z nim swoim doświadczeniem. Arthur ma więc wokół siebie ludzi będących dowodem na to, że rzeczy pozornie niemożliwe czasami stają się rzeczywistością.
Fery nie dał się zdeprymować nawet obecnością najważniejszych postaci brytyjskiego sportu i rodziny królewskiej. Już podczas meczu drugiej rundy na korcie numer 18 dopingowała go Księżna Walii. W spotkaniu czwartej rundy z trybun obserwował go Roger Federer, rekordowy ośmiokrotny mistrz Wimbledonu. Natomiast przed ćwierćfinałem odwiedziła go sama Królowa, która osobiście życzyła mu powodzenia przed wyjściem na kort.
I dwukrotnie zwiększył dochody
Nic z tego nie wyprowadziło młodego Brytyjczyka z równowagi. Jak sam przyznał, przed turniejem uznałby za sukces rozegranie trzech meczów w ciągu jednego tygodnia. Tymczasem spędził na Wimbledonie pełne dwa tygodnie, rozgrywając sześć spotkań. Za sam występ w singlu zarobił 900 tysięcy funtów, podczas gdy przed turniejem jego łączne zarobki z całej kariery wynosiły około 650 tysięcy. W ciągu dwóch tygodni ponad dwukrotnie zwiększył więc swoje tenisowe dochody.W 2004 roku All England Club współpracował przy realizacji filmu „Wimbledon” z Paulem Bettanym i Kirsten Dunst. Opowiadał on historię przeciętnego brytyjskiego tenisisty, który niespodziewanie dociera bardzo daleko w najbardziej prestiżowym turnieju świata. Losy filmowego bohatera zadziwiająco przypominają tegoroczną historię Arthura Fery'ego. Z tą różnicą, że filmowy bohater był już u schyłku kariery.
Arthur Fery skończył natomiast 24 lata dokładnie w dniu tegorocznego finału gry pojedynczej mężczyzn. Jego tenisowa droga dopiero się rozpoczyna, a marzenia o kolejnych rozdziałach tej niezwykłej „Ferytale” wydają się dziś całkowicie uzasadnione.
