Europejski wąs!
Rozmowa z Alanem Czerwińskim, obrońcą GKS-u Katowice
Alan Czerwiński (z lewej) przyczynił się do odrobienia przez GKS Katowice strat w meczu z Radomiakiem. Fot. PAP/Art Service
Jak zmusza się rywala do zdobycia bramki samobójczej?
- A kto zmusił? (uśmiech)
No, pan zmusił! To pan w meczu z Radomiakiem wygrał pojedynek fizyczny z Abdoulem Tapsobą, przepchnął go i przez to wbił on gola samobójczego. W ogóle nie był pan zainteresowany piłką dośrodkowaną z rzutu rożnego. Taki był plan?
- Muszę podkreślić, że w przerwie dostałem bardzo cenną wskazówkę od trenera Dariusza Mrózka (II trener GKS-u Katowice – przyp. red.). Powiedział mi, żebym właśnie tak zareagował na tego zawodnika w polu karnym, bo zbierał on wszystkie piłki. I to, jak się okazało, była bardzo cenna rada, bo padła ważna bramka wyrównująca. Ja tylko wykonywałem swoje zadanie, które otrzymałem od trenera. Starałem się wykluczyć przeciwnika z gry obronnej. I… udało się!
Ogólnie GKS Katowice zagrał dobre spotkanie, ale po pierwszej połowie przegrywał 0:1. Jak to się stało, skoro wyglądaliście lepiej od rywala?
- Myślę, że ogólnie mieliśmy ten mecz pod kontrolą. Radomiak stworzył jedną, może dwie sytuacje. To jednak my przeważaliśmy w pierwszej połowie i brakowało nam jedynie gola. Parę „wjazdów” skrzydłami po prostu trzeba było zamienić na konkrety. Gdy jednak straciliśmy bramkę, najważniejsza była nasza reakcja po przerwie. I to jest bardzo cenne, to jest wartość naszej szatni, że potrafiliśmy w takim momencie wyjść na drugą połowę i zdobyć trzy gole.
Odwróciliście losy meczu, znów wygraliście przy Nowej Bukowej. Arena Katowice pozostaje niezdobyta od listopada 2025 roku.
- To, bez cienia przesady, magiczne miejsce. U siebie gramy w przewadze jednego zawodnika, bo mamy ze sobą naszych kibiców. W takich warunkach gra się łatwiej. Czujemy wsparcie i dziękujemy za to, że fanisą dla nas, tak jak my dla nich. Nasz trener zawsze powtarza, że razem jesteśmy jedną pięścią.
Czy zwycięstwo z MSK Żylina i awans do trzeciej rundy eliminacji Ligi Konferencji dodało drużynie adrenaliny, zwiększyło motywację?
- Przede wszystkim to był bardzo trudny dwumecz. Żylina to ciekawy zespół, tworzony przez młodych zawodników, którzy z czasem zostaną sprzedani za grube miliony. Naprawdę wygrana z tym zespołem nie była łatwa. Najważniejsze jednak jest to, że gramy dalej w europejskich pucharach, zrobiliśmy to dla siebie, dla kibiców, dla całego miasta. Cóż, trzeba sprawdzać datę ważności paszportów. (uśmiech).
Skoro już wspomniał pan o trudach europejskich pucharów, proszę opowiedzieć o grze co trzy dni. Dopiero skończył się mecz z Radomiakiem, a już w czwartek GieKSa gra w Miszkolcu z Hapoelem Tel Awiw. Ma pan już doświadczenie gry w takim trybie, więc jak bardzo różni się przygotowanie do takich meczów w porównaniu do grania co tydzień w lidze?
- Różni się bardzo. Jest mało treningów, dużo regeneracji, dużo taktyki. Do takich meczów podchodzi się inaczej. Dla mnie osobiście najważniejsze jest przygotowanie mentalne. Fizycznie wiem, że zawsze dojadę, że dam radę, ze dam z siebie wszystko. Najważniejsza jest jednak dla mnie spokojna głowa. W takich momentach, gdy jest duże nagromadzenie meczów, potrzebuję odpoczynku od futbolu i dużej ilości czasu spędzonego z rodziną. Wtedy głowa jest czysta i gotowa na mecz.
Czyli w domu Czerwińskich po meczach nie ogląda się już piłki nożnej?
- Jeżeli gramy co trzy dni, jest szybka analiza tego, co się wydarzyło, a później następuje... wykreślenie piłki nożnej z głowy (uśmiech). Potrzebny jest pełen luz, dużo rozmów o czymś innym niż futbol. Wtedy mogę w dniu kolejnego meczu w pełni skupić się na zadaniach, które mam do wykonania.
W sezon 2026/27 wszedł pan z nowym image’m, z wąsem. Jaka jest jego tajemnica?
- Wąs pozostanie pod moim nosem dopóki... gramy w europejskich pucharach!
Rozmawiał Kacper Janoszka
