Dziewczyny już się ze mną liczą

Rozmowa z Klaudią Kazimierską, rekordzistką Polski w biegu na 1500 metrów

Klaudia Kazimierska pobiła rekord Weroniki Lizakowskiej sprzed dwóch lat o prawie 2 sekundy! Fot. PAP/Adam Warżawa

Jakie emocje odczuwa pani po pobiciu najlepszego wyniku w historii polskiej lekkiej atletyki na 1500 metrów na Stadionie Śląskim podczas Diamentowej Ligi?

- Niesamowitą ekscytację i trochę nawet niedosyt, bo... zając mi za bardzo uciekł, ale cieszę się, że pobiegłam odważnie, że zaryzykowałam, że potem pociągnęłam całą grupę, bo nie chciałam tu biegać wolno, bo to dzięki mnie dziewczyny też poszły mocniej. I wszystko układa się w tym sezonie po mojej myśli. Tydzień temu chciałam w Birmingham zdobyć medal mistrzostw Europy – zdobyłam srebrny. Przyjechałam do Polski pobić rekord kraju – zrobiłam to. Na razie mam wszystko, co sobie zamarzyłam.

Już jakiś czas temu deklarowała pani, że będzie biła rekord Polski - czy ta presja pomagała?

- Myślę, że w końcu zrobiłam to, co siedziało we mnie od dłuższego czasu. W zeszłym roku byłam bliska tego rekordu i biegałam w finale mistrzostw świata. Czułam, że jestem w dyspozycji na rekord kraju. Miałam niedosyt i chciałam w końcu postawić na swoim. Byłoby trochę przykro, gdyby się nie udało, no wręcz nie wypadało już go nie pobić tutaj.

Czy to czerwone światło, które wyświetlało się na bieżni sygnalizując czas na rekord, pomagało?

- Nie widziałam go! Ono, kurde, było za mną, tylko widziałam jakieś zielone i niebieskie.

No i co z tym zającem, czemu uciekł tak daleko?

- Bo biegł na czas 3:54, tak jak poprosiłam. Wydaje mi się, że dziewczyny trochę szybko zaczęły, więc dwa kroki uciekły mi na dwustu metrach. Cały czas byłam kilka kroków za nimi, ale wierzyłam, że ktoś jeszcze przede mnie wejdzie, że nie będę musiała sama lepić... A jednak nikt nie chciał. Dały mi dziewczyny biec, więc to zabrało mi jakąś sekundę, może półtorej i na ostatnich metrach już trochę zabrakło, żeby jeszcze przyśpieszyć, ale biegłam po swoje pewnym krokiem i próbowałam wykorzystać wszystko dla siebie.

Czyli to był bieg na 110 procent?

- Myślę, że była jeszcze rezerwa, choćby z powodu tego zająca - gdyby biegł przede mną pół kroku, a nie pięć, ale jestem przyzwyczajona, że czasem nadaję sobie sama tempo, więc nie była to dla mnie nowość. Myślę jednak, że nie przesadziłam z założeniami na ten bieg i te 3:54 jest jeszcze w moich nogach.

No i była niesamowita wrzawa na Śląskim. Doświadczyła pani czegoś podobnego wcześniej?

- Faktycznie, to wsparcie czułam. W marcu podczas halowych mistrzostw świata w Toruniu też było niezwykły doping. W takim zamkniętym obiekcie, gdzie trybuny są blisko, odczuwa się to bardzo intensywnie. Jestem z Włocławka, kawałek drogi od Śląska, ale polscy kibice wspierają wszędzie bardzo mocno.

Za dwa lata na Śląskim odbędą się mistrzostwa Europy. Jaki czas trzeba będzie uzyskać, żeby wygrać?

- Czas to nie wiem, może być nawet 4 minuty 30 sekund, jak Angelika Cichocka w 2016 roku w Amsterdamie, byle był złoty medal.

A gdyby w finale ME w Birmingham ruszyć takim tempem; nie analizowała pani, co by było?

- Nie, to na pewno nie miałoby sensu, na mistrzostwach Europy nikt tak szybko nie biega, no i nie ma zająca nadającego tempo. W mistrzostwach biega się po medale, więc nie da się tego w ogóle porównać.

Awansowała pani do finału Diamentowej Ligi. Będą jeszcze siły, żeby urwać coś z rekordowego wyniku?

- Wiem, że tam też będzie zając, więc jeżeli będzie taka możliwość, to oczywiście spróbuję. Najlepszą formę przygotowałam na Chorzów i na mistrzostwa Europy przygotowałam najlepszą formę, więc teraz na tej dyspozycji będę chciała dokończyć sezon.

Tym biegiem chyba na dobre awansowała pani do światowej ekstraklasy, więc będą się już dziewczyny z panią liczyć, skoro nawet Etiopki oglądały pani plecy...

- Myślę, że dziewczyny liczyły się już ze mną od dwóch lat, ale dla mnie to nie ma znaczenia, po prostu chcę wygrywać z każdym w każdym biegu i nie patrzę, kto jest z Afryki, kto ze Stanów Zjednoczonych, a kto z Europy. Stoję z nimi starcie, wszystkie jesteśmy równe i myślę, że też tego nauczyły mnie Stany, iż nie zwracam uwagi na to, jak ktoś biegał w przeszłości, bo liczy się to, co tu i teraz.

Czy nie ma pani wrażenia, że w ostatnich tygodniach stała się topową gwiazdą lekkiej atletyki?

- Myślę, że od tygodnia tak właśnie się czuję. Zapraszają mnie wszędzie media, dużo się tego dzieje, ale staram się, żeby wszystko zostało jak dotąd. Jeszcze przed mistrzostwami Europy powiedziałam sobie, że cokolwiek się wydarzy w Birmingham, będę tą samą Klaudią, tą samą dziewczyną, wrócę do Stanów, będę tak samo trenowała, będę tak samo zmotywowana, więc staram się, żeby wszystko było jak dotąd, bo wychodząc stąd, muszę skupić się na celu i wtedy jestem tam, gdzie jestem.

Teraz będzie miała pani zapewne jeszcze lepsze przygotowania, większe możliwości, ale czy sama będzie chciała cokolwiek zmieniać?

- Zostaję w Stanach, nic nie zmieniamy. W przeciwieństwie do polskiego systemu, tam się inwestuje bardzo mocno w zawodnika przed sukcesem, a nie po sukcesie, więc dla mnie nic się nie zmieni. Tak samo trzeba trenować.

Lubi pani latać?

- Lubię, nie przeszkadza mi, nie boję się.

To liczyła pani, ile razy już w tym roku latała z USA do Europy i z powrotem?

- Zaraz... Dwa, trzy (Kazimierska skupiona odlicza na głos – przyp. red.)... siedem razy.

Dopłaca pani do tych przelotów, bo to dobre dla kariery, czy też finansuje je PZLA?

- Częściowo związek mi pomaga, bo często trenuję formalnie na zgrupowaniach kadrowych w Eugene, ale układam moją karierę sama. Nauczyłam się inwestować w siebie i nie bać się tego, bo jeżeli inwestuję w swój komfort, to jestem w stanie biegać na najwyższym poziomie i to się zwraca z nadwyżką. Nie boję się po prostu zainwestować w siebie pieniędzy, czasu czy wysiłku.

To też pokazuje pani „amerykańskie” podejście – nie narzekać, tylko inwestować w siebie, bo warto.

- Jeżeli nie spróbuję, nie zainwestuję, to się nie dowiem. Jak nie wyjdzie, to nie będę wiedziała, co zmieniać, poprawiać. Trzeba po prostu ryzykować i albo się uda, albo nie.

Jakie ma pani jeszcze cele na swojej słynnej liście w tym sezonie?

- Na pewno finał Diamentowej Ligi w Brukseli (4-5 września) był celem, tak naprawdę dopiero w tym roku zaczęłam startować w tym cyklu w miarę regularnie. Trzy biegi skończyłam druga, trzecia i czwarta, tak że super, iż jestem w czołówce światowej. No i jeszcze pobiegnę tydzień później w Ultimate Championship w Budapeszcie.

Ma pani wrażenie, że wykonała kangurzy skok w tym sezonie?

- Myślę, że trochę pomogło, że biegam więcej w Europie, ale wiedziałam, że jestem przygotowana do takich wyników już rok temu. Będąc siódmą na mistrzostwach świata w Tokio, byłam pewnie w formie na 3:56, więc nie zrobiłam jakiegoś wielkiego skoku treningowego, tylko bardziej systematyczność i to, że miałam więcej możliwości, żeby to pokazać.

Rozmawiał i notował Tomasz Mucha

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się