Dwa różne światy
Rozmowa z Ryszardem Szusterem, dziennikarzem „Sportu” w latach 1983-94, prezesem Górnika Zabrze w latach 2007-08
14 lipca 2008 roku Lukas Podolski pierwszy raz zadeklarował chęć gry w Górniku. Był wtedy wicemistrzem Europy i zawodnikiem Bayernu Monachium. Fot. Paweł Czado
W połowie lipca 2008 roku Lukas Podolski powiedział panu, jako pierwszemu, że będzie kiedyś grał w Górniku. Minęło niespełna dwadzieścia lat. Kiedy wraca pan pamięcią do tych słów, to co sobie myśli?
– Lukas wtedy akurat był na Śląsku, u babci. Był wtedy już wielką gwiazdą światowego futbolu. Znamy się prywatnie, miałem wtedy pięćdziesiąte urodziny. Zadzwonił z życzeniami i powiedział, że chce na chwilę się spotkać, bo zaraz wraca do Niemiec. Udało się, z tej okazji zaprosiłem fotoreportera. Dziennikarzy nie zdążyłem, mam nadzieję, że przynajmniej po latach mi to wybaczą (uśmiech). Fotoreporter zrobił zdjęcie, które nazajutrz ukazało się na pierwszej stronie „Sportu”. Wspominaliśmy czasy, gdy Górnik grał w pucharach; Lukas stwierdził, że marzy, by KSG wrócił na europejskie salony, a on, jeśli będzie czuł się na siłach, chciałby zagrać na koniec w Górniku, że na pewno klubem, w którym skończy karierę, będzie Górnik. Wszystko się sprawdziło... A wtedy Lukas był przecież zawodnikiem Bayernu Monachium, kilka tygodni wcześniej zdobył z reprezentacją Niemiec wicemistrzostwo Europy. Był wielką światową gwiazdą. A myślał o Górniku...
Byłem zadowolony, że taka deklaracja z jego ust padła, bo miałem świadomość, że gdyby pojawił się w Zabrzu, to o Górniku będzie się więcej mówić. Minęło tyle lat, a Górnik, z Lukasem – już jako właścicielem – jest w pucharach. Szkoda, że Zabrzanie przegrali teraz z Ferencvarosem, ale przegrają przecież jeszcze niejeden mecz w pucharach. Przede wszystkim dobrze, że w tych pucharach Górnik jest, na nowo nabiera doświadczenia. Piłkarze, drużyna, ale również Lukas, jako właściciel. Wszystko się układa. Gdy tak porównuję sobie stan obecny i ten, który ja zastałem, w lutym 2007 roku, kiedy się decydowałem na przyjęcie propozycji przejęcia prezesury w Górniku, to zauważam, że to dwa absolutnie inne światy...
Na czym polega różnica?
– To dwa różne światy pod względem finansowym i organizacyjnym. Przykładów na to jest multum i to bardzo smutnych. Kiedy przychodziłem do Górnika, zastałem najsłabszą ekipę pod względem sportowym w całej ekstraklasie. Moim zdaniem Górnik w sezonie 2006/07 miał najsłabszy personalnie zespół. W klubie działał jeden telefon, z kilku, które były niby podłączone do sieci, ale już wyłączone ze względu na brak płatności. Nawet kawa była towarem deficytowym... Moi znajomi dziwili się, że w to wchodzę, ale ta decyzja była wynikiem pewnych ustaleń. Miałem doświadczenie, wcześniej byłem wiceprezesem GKS-u Tychy, doradzałem też Marianowi Dziurowiczowi w GKS-ie Katowice, który dwukrotnie składał mi ofertę objęcia funkcji prezesa, ale się nie zgodziłem się, bo akurat zaczynały się tam duże problemy... Ale oprócz doświadczenia miałem przecież rozeznanie na rynku zawodników jako menedżer. Czułem się na siłach, miałem wiedzę w przeróżnych zakresach. Podjąłem się zadania.
Dziś o tamtym czasie coraz mniej się pamięta, mijają kolejne lata.... Dlatego wzburzyło mnie, gdy ktoś ostatnio mnie zaczepił, że zostawiłem wtedy Górnika w złym stanie. Otóż muszę oświadczyć z całą mocą, że było wręcz przeciwnie i nie wynika to wcale z zaburzonej samooceny (uśmiech). W Górniku, w 2007 roku, po pierwsze nie płacono zawodnikom. Po drugie, były ogromne problemy związane z regulowaniem przez klub zobowiązań wobec ZUS-u i Urzędu Skarbowego. Wtedy, gdyby te instytucje i liczni wierzyciele uparli się, mogliby zgłosić wniosek o upadłość spółki...
Sytuacja była podbramkowa.
– Dlatego tak ważne było wejście Allianz Polska w klub. Zanim zostałem prezesem, byłem już po rozmowach z tą firmą. Przekonanie jej, żeby weszła w taki klub jak Górnik, który wtedy był w ogromnych kłopotach i sportowo niewiele znaczył, było trudne. Mnie się udało, przedstawiłem szefom firmy plan, jak chcę wyjść z tej trudnej sytuacji, od strony organizacyjnej i sportowej. Warunkiem sine qua non, który dostałem z ich strony, był „list żelazny” – tak umownie nazywam deklarację Allianzu, że jeśli Górnik po sezonie 2006/07 pozostanie w ekstraklasie, to rozpoczniemy konkretne rozmowy na temat wejścia w klub nawet właścicielskiego, a na pewno sponsorskiego. Z tym „listem żelaznym” odbyłem w lutym i marcu 2007 roku szereg rozmów z szefostwem Urzędu Skarbowego i ZUS-u w Zabrzu. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że tam siedzą kibice Górnika, więc wiadomo, że pomogą. To tak jednak nie działa, nie ma to żadnego znaczenia...
Udało się jednak ich przekonać.
– Tak. Skalkulowali, co lepsze. Być twardym i bezwzględnym w dochodzeniu roszczeń, co doprowadziłoby do upadku Górnika, czy jednak trochę poczekać... Trzeba było ich jednak przekonać i mieć w zanadrzu jakiś poważny argument. Deklaracja firmy Allianz takim była. Poza tym argumentem było moje zaangażowanie: wiadomo, że człowiek rozsądny nie angażowałby się w sytuacji, gdyby za chwilę musiał gasić światło...
Udało się, płatności zostały odroczone. Pozostawała kwestia kadry, która była bardzo słaba, a pieniędzy na transfery nie było przecież żadnych. Nie było też za co wyjechać na zgrupowanie, zawodnicy nie mieli płacone od dwóch miesięcy, jedynie jakieś zaliczki, a już wtedy istniał przecież przepis, że jeśli klub nie zapłaci piłkarzowi przez trzy miesiące, to ten ma prawo rozwiązać kontrakt z winy pracodawcy. Ja byłem w o tyle szczęśliwej sytuacji, że w szatni było kilku zawodników, z którymi miałem wcześniej umowy jako menedżer. Oni mi wierzyli, a ja im. To przy okazji pozwoliło im mnie przedstawić reszcie szatni jako wiarygodnego faceta. Miałem dzięki temu szybki obraz tego, co dzieje się w szatni i okazało się, że jest grupa zawodników, którym nie zależy na utrzymaniu, która zwyczajnie nie chce, żeby Górnik pozostał w ekstraklasie. Kontrakty kontraktami, na zapleczu byłoby łatwiej...
Niezwykle istotnym, wręcz kluczowym momentem, okazał się ostatni mecz sezonu 2006/07, który graliśmy na własnym stadionie z Wisłą Płock. Na trybunach 25 tysięcy ludzi. Musimy wygrać, bo jeśli nie wygramy – Górnik spada w ekstraklasy. A to nie wszystko: Allianz zdecydował, że jeśli się nie utrzymamy, to nie da żadnego wsparcia. Dostałem jedynie mglistą deklarację, że będzie się przyglądał... Można więc sobie wyobrazić, jak wiele od tego meczu zależało także poza boiskiem. Wiedziałem, że ta drużyna jest tak słaba, a stan finansów tak mizerny, że w razie spadku nie ma żadnych szans na powrót Górnika do ekstraklasy. Powtórzę więc: dla mnie to był mecz o wszystko! Niektórzy pewnie nie uwierzą, wydarzenia były dramatyczne... Mecz gramy późnym wieczorem, mamy połowę pierwszej połowy i nagle... gaśnie światło. To nie był przypadek! Nie byłem jednak już nastolatkiem, który nie wie, jak zabezpieczyć tyły i nie zdaje sobie sprawy z tego, co wokół się dzieje... Otóż zdawałem sobie sprawę, że coś takiego może nastąpić, bo naprawdę wielu ludzi... nie chciało Górnika w ekstraklasie! Chodziło przede wszystkim o to, żeby wróciły stare czasy: różnego rodzaju umowy na fikcyjne zlecenia, na usługi, które nigdy nie miały miejsca... Jakieś dziwne, niepotrzebne etaty, synekury... Po prostu, najkrócej mówiąc: wyciekające z klubu pieniądze. Nie godziłem się na to, nie pozwalałem na takie praktyki. Może nie każdy uwierzy, ale w dniu meczu z Płockiem na zapleczu czekały już taczki, żeby wywieźć pana prezesa... Dlatego proszę się nie dziwić, że nie byłem zdziwiony, gdy światło zgasło. Przygotowałem się jednak: miałem w odwodzie ludzi, którzy w ciągu kwadransa to światło naprawili!
Ale to nie było wszystko. Wiedziałem bowiem, że w zespole, który wyszedł na boisko, też nie wszyscy chcą utrzymania!
Rozmawiał Paweł Czado
O tym, co działo się na boisku podczas meczu z Wisłą Płock, w części II (w czwartek)
Ryszard Szuster
Prezes Górnika Zabrze w latach 2007-08. Politolog, dziennikarz (m.in. „Sportu ” , „Przeglądu Sportowego” i TVP Katowice), wykładowca akademicki, licencjonowany menedżer piłkarski. Sprowadził do Polski Emmanuela Olisadebe. Były rzecznik prasowy Śląskiego Związku Piłki Nożnej, były wiceprezes Polskiego Związku Szermierczego, były przewodniczący Komisji Marketingu PKOl, były doradca zarządu GKS-u Katowice (jego ojciec był tam kierownikiem sekcji) i były wiceprezes GKS-u Tychy.
