Dobrze się „sprzedawać”
Rozmowa z Gabrielem Kobylakiem, bramkarzem GKS-u Katowice
Gabriel Kobylak chce się pokazywać w GieKSie z jak najlpeszej strony, także w śląskich derbach. Fot. Wojciech Szubartowski/PressFocus.pl
Mecz z Wisłą Płock był dla pana pierwszym oficjalnym występem w szeregach GieKSy, w którym nie puścił pan gola. Fajne uczucie?
- Na pewno. Długo na to czekałem, bo to była nasza czwarta potyczka ligowe, a w Lidze Konferencji też się to niestety nie udało. Więc na pewno była ogromna satysfakcja z tego, że zagraliśmy „na zero” i jeszcze do tego strzeliliśmy trochę bramek.
Przyszło w końcu pełne zrozumienie z chłopakami w defensywie? Bo przecież bramkarz ma spore zadanie do wykonania w dyrygowaniu nią...
- Tak, trzeba dobrze z nimi współpracować. Ale my od pierwszego meczu dobrze się dogadujemy. Wiadomo, że są czasami jakieś mankamenty, ale staramy się to analizować, wyciągać je na treningach i poprawiać. I coraz lepiej, w mojej opinii gramy.
Rozmiary zwycięstwa na to nie wskazywały, ale trochę roboty było, musiał się pan chwilami mocno nagimnastykować!
- W każdym meczu trzeba się wykazywać. Ale... po to jest bramkarz, żeby nie był bezrobotny. W przeciwnym wypadku byłby niepotrzebny. Ja zawsze jestem zadowolony z tego, że mam robotę podczas meczu. Lepiej mieć troszkę pracy niż stać bezczynnie.
Mateuszowi Kowalczykowi należało się ciacho od pana za wybicie piłki sprzed linii, gdy zmierzała do siatki? Sam powiedział, że pobił w tej akcji „życiówkę” w sprincie.
- No, pobił. Gratulacje dla niego. Ale zobaczmy, z czego poszła ta akcja: z naszego rzutu z autu. Za szybko go rzuciliśmy.
Po mistrzowsku – trzema asystami - odpalił w tym meczu Bartosz Nowak. To jest lekarstwo na wcześniejsze wyniki „w kratkę”?
- Każdy zna „Nowego” i wie jak gra, więc dla mnie te trzy asysty to żadne zaskoczenie.
Z innej beczki: ma pan z tyłu głowy myśl, że kiedyś Rafał Strączek wróci do zdrowia i do pełni formy.
- Nie myślę o tym na razie. Skupiam się na tym, co jest tu i teraz. Jak Rafał wróci, to będzie na pewno większa rywalizacja i każdy z nas będzie wyglądał lepiej. Wyższy poziom będzie na pewno.
O pańskim przyjściu do Katowic mówiło się już w końcówce minionych rozgrywek. Potem jednak – ze względu na pański uraz – temat nieco przycichł. Miał obawy, że sprawa nie dojdzie do skutku?
- Niestety tydzień przed ostatnim meczem ubiegłego sezonu nabawiłem się kontuzji, na treningu zablokowało mi łąkotkę. Musiałem przejść szybką operację, kosmetyczną. Sprawa przeprowadzki była w toku, ale gdzieś z tyłu głowy zakiełkowała myśl, że może się nie udać. Dlatego chciałem jak najszybciej wrócić do treningów i to się udało. W sześć tygodni bodajże. Ale i tak chcę podziękować i dyrektorowi GKS-u i trenerowi, że zaufali i czekali. Teraz tylko trzeba na boisku dobrze się „sprzedawać”.
Zasięgał pan przed podpisaniem kontraktu języka na przykład o Ilji Szkurina, z którym wcześniej był pan w Legii?
- Oczywiście rozmawiałem z Ilją, z Maćkiem Rosołkiem, który też był w Katowicach przez jakiś czas. Padały takie superlatywy, że nie było się nad czym zastanawiać.
Eliminacje Ligi Konferencji z GieKSą nie były pańską pierwszą pucharową przygodą. Europa czegoś uczy dodatkowo?
- Na pewno, bo to całkiem inne granie niż w naszej ekstraklasie. Trochę większa intensywność tych meczów była, przede wszystkim z Hapoelem.
Pewnie niewielu się spodziewało, że liga izraelska może być bardziej intensywna od polskiej?
- Ale widzieliśmy oczy i poczuliśmy sami, że Hapoel grał intensywnie.
Patrząc na serię waszych wyjazdowych meczów bez wygranej trzeba się obawiać trzech najbliższych kolejek, które zagracie „w gościach”? Tam ściany nie pomogą...
- Nasi kibice i tak za nami pojadą. A co do serii - ja nie lubię żadnych takich przesądów. Trzeba po prostu zrobić wszystko, żeby wygrać wreszcie na wyjeździe. Może zacząć od remisu? (Na pewno nie pojedziemy na Górnik, na Piast, czy na Zagłębie i się nie położymy tam, żeby przegrać mecz. Pojedziemy, by wygrywać.
Górnik – GieKSa już w niedzielę. Kiedy myśli pan – człowiek z Podkarpacia – o derbach, to co przychodzi do głowy jako pierwsze?
- Dodatkowy smaczek, dodatkowy dreszczyk. Niewiele tych derbów przeżyłem, emocje były przede wszystkim w spotkaniu Radomiak – Korona. Nawet race w nim latały. W niedzielę będzie 30 tysięcy na trybunach, będzie – mam nadzieję – dobry mecz i dobra zabawa.
Dariusz Leśnikowski
