Do Guardioli jeszcze daleko
Arsenal nie zostawił cienia wątpliwości, kto był lepszy w meczu o Tarczę Wspólnoty. Zaczęło się już po kilkunastu sekundach...
Kai Havertz (z lewej) kilka metrów przed bramką oderwał się od Rubena Diasa i podwyższył prowadzenie Kanonierów. Fot. PAP/EPA
ANGLIA
Niewiele czasu potrzebowali mistrzowie Anglii, aby napocząć Manchester City. Lewy obrońca Ricardo Calafiori „zapodział się” pod polem karnym Obywateli i po kapitalnym podaniu Mylesa Lewisa-Skelly'ego pokonał swojego rodaka, Gigiego Donnarummę. W sumie Włoch skapitulował aż trzy razy.
Jak utyte ciele
Nie było tak, że City w ogóle nie zagroziło Arsenalowi, lecz patrząc na całokształt, Kanonierzy zdecydowanie zasłużyli na osiągnięty rezultat. To ich drugie najwyższe zwycięstwo z tym przeciwnikiem od 12 lat. Lepszy wynik osiągnęli tylko w lutym 2025, bijąc rywala 5:1. Kanonierzy wyglądali jak znakomicie naoliwiona maszyna, jak wypolerowana armata na najdogodniejszej pozycji strzeleckiej na łagodnym wzgórzu. Wszystko działało jak w zegarku, zresztą nie bez powodu początki obu połówek były dla City tak fatalne – gol na 3:0 padł w 48 minucie! Piłkarze z błękitnej części Manchesteru wyglądali, jakby byli na zupełnie innym etapie przygotowań do sezonu. Niewykluczone, że znaczenie miał tu fakt, że w ich składzie było znacznie więcej zawodników zmęczonych mistrzostwami świata. Erling Haaland – który dopiero niedawno wznowił treningi – prezentował się jak utyte ciele (w przeciwieństwie do lidera Londyńczyków, jego rodaka Martina Odegaarda), zaś Elliot Anderson, za którego zapłacono 135 mln euro – wyglądał jak dziecko we mgle. Na murawie rządził Arsenal.
Z wnioskami warto poczekać
Oczywiście nie sposób nie pisać o tym meczu bez wspominania Pepa Guardioli. Trenerzy obu drużyn praktykowali u Katalończyka, ale Enzo Maresca jest jego następcą na Etihad. Wszyscy zastanawiają się czy da radę wejść w jego buty i choć już po pierwszym kroku zaliczył „glebę”, to na głębsze wnioski przyjdzie czas. Po pierwsze, gol stracony po kilkunastu sekundach miał kolosalne znaczenie mentalne. Po drugie, Obywatele rywalizowali z bezapelacyjnie najsilniejszą w tej chwili drużyną angielską, kontynuującą swój progres z Mikelem Artetą na ławce. Po trzecie, widoczny wpływ na fizyczność graczy City miał mundial. Po czwarte, ekipa z Manchesteru ciągle działa na rynku transferowym, choć jak na razie to głównie sprzedaje. Ktoś – oprócz Andersona – na pewno tam jeszcze przyjdzie, a jak ważna to kwestia, pokazał Arsenal. Znakomite zawody zagrali bowiem w jego barwach nowi piłkarze – Bruno Guimaraes, środkowy pomocnik ściągnięty z Newcastle, oraz grecki skrzydłowy z Club Brugge, Christos Tzolis, który w debiucie zanotował dwie asysty!
Żeby się nie zdziwił
Aczkolwiek – by być uczciwym – nie można też nie postawić obok City lekkiego sygnału alarmowego. Nawet mając na uwadze wyżej wymienione czynniki, należałoby oczekiwać od zespołu tej klasy lepszej gry. Środek pola został kompletnie przegrany, a zbyt dużo zależało tam od indywidualnych wyskoków Jeremy'ego Doku (kontuzjowany nie wyszedł po przerwie) i Antoine'a Semenyo. Maresca chce wprowadzić swój styl, grać bardziej bezpośrednio, dostosować się do obecnych, bardziej fizycznych realiów Premier League, ale żeby się czasem nie zdziwił...
Piotr Tubacki
5 TYTUŁÓW zdobył Mikel Arteta z Arsenalem. Kolejno: Puchar Anglii (2020), dwie Tarcze Wspólnoty (2020 i 24), mistrzostwo kraju (2026) i trzecia Tarcza (2026).
Arsenal – Manchester City 3:0 (2:0)
1:0 – Calafiori (1), 2:0 – Havertz (28), 3:0 – Odegaard (48)
ARSENAL: Raya – White, Mosquera, Magalhaes, Calafiori (60. Hincapie) – Guimaraes (46. Rice), Lewis-Skelly (75. Zubimendi) – Madueke (60. Saka), Odegaard (84. Eze), Tzolis – Havertz (75. Gyokeres) Trener Mikel ARTETA.
CITY: Donnarumma – Kusanow, Dias, Gvardiol, O'Reilly (54. Guehi) – Anderson (60. Lewis), Kovacić (79. Gonzalez) – Semenyo, Foden (60. Cherki), Doku (46. Grealish) – Haaland (53. Marmoush). Trener Enzo MARESCA.
