Czy naprawdę chcemy dżudoków i karateków w meczach piłki nożnej?
Rozmowa z Antonim Piechniczkiem, trenerem, który z Polską zdobył trzecie miejsce na świecie i dwukrotnie awansował z nią na mundial
Hiszpanie zostali mistrzem świata całkowicie zasłużenie - podkreśla Antoni Piechniczek. Fot. SPP/SIPA USA/PressFocus
To był mundial z mnóstwem niecodziennych wątków, zapewniający mnóstwo emocji. Nie wiadomo od czego zacząć... Rozstrzygnięcie jest sprawiedliwe?
- Nie mam co do tego wątpliwości. Wygrała drużyna najlepsza na tych mistrzostwach. Mistrz świata zawsze musi coś wnosić. Tak było i w tym wypadku. Hiszpanie występem na mundialu pokazali trend, którym zapewne będzie podążać światowa piłka nożna. Ich organizacja gry to kosmos, na poziom sztuki podnieśli umiejętność bronienia się posiadając piłkę! Atakują, ale kiedy atak nie wychodzi cofają się, tyle że... razem z piłką! "Nie rezygnujemy z piłki, ona ma być w naszym posiadaniu. Przecież bez piłki rywal nie zrobi nam krzywdy" - mogliby powiedzieć. Poziom, do jakiego podnieśli ten sposób gry w trakcie tego mundialu, robi na mnie duże wrażenie. Podnieśli na tyle, że mając świetny atak potrafili stracić ledwie jedną bramkę, a przecież cała ich siła i tak szła z drugiej linii! Bo ważne jest posiadanie piłki, ale równie ważna jest przecież umiejętność jej rozegrania. To jakby rozwinięcie tiki-taki stosowanej przez Barcelonę za Guardioli. Udoskonalili ją, bierze w tym udział cała drużyna. Hiszpanie potrafią znakomicie odwracać się z piłką, grać pod presją i ciągle rozgrywać. Doskonale wiedzą, jak zachować się dosłownie w każdym momencie. Nie pękają, nie denerwują się.
Siłą drużyny zazwyczaj są indywidualności, ale siłą Hiszpanii jest przede wszystkim zbiorowość, jawi się jako wieloosobowy potwór.
- W dodatku taki, z którym nie wiesz jak walczyć. Podejrzewam, że chcąc wygrywać na najwyższym poziomie, chcąc dorównać Hiszpanii, trzeba będzie właśnie tak grać. Nie tylko dlatego, żeby być od niej lepszym, ale także dlatego - a może przede wszystkim - że taki styl gry przynosi ogromną satysfakcję również trybunom, jest bardzo atrakcyjny, to się ogląda. To jest piękna gra! Taki Yamal... To był chłopak, który... pilnował porządku. On się modlił. Trump powiedział mu na koniec: "Jesteś za dobry". Miał na myśli klasę, ale i sposób gry.
Mówiło się, że Europa w tych mistrzostwach będzie miała trudno, tymczasem w czwórce były aż trzy drużyny od nas.
- Francja i Anglia były bardzo mocne. Anglicy wyjątkowo mi się podczas tych mistrzostw podobali. Jako drużyna zrobili na mnie doskonałe wrażenie. Pięć minut dzieliło ich od finału. Ale nie mieli już siły... Sami jednak przyznali, że ten mundial to największy ich sukces od 60 lat. Francuzi? Oglądałem przedmeczowe zapowiedzi przed spotkaniem o III miejsce. Doskonała okazja, żeby wrócić do meczu o tę stawkę z 1982 roku. Żałuję, że niektórzy traktują tamto spotkanie tak, jakby go w ogóle nie było... A są podobieństwa. Wtedy w półfinale Francuzi prowadzili w dogrywce z Niemcami 3:1 i odpadli. Czuli się załamani wtedy i teraz. Wówczas trener Michel Hidalgo dał szansę rezerwowym, nie zagrał Platini, dla nas to było dobrze. Teraz sprawa została rozwiązana inaczej. Piłkarze zdecydowali się grać dla trenera Deschampsa, który kończył karierę reprezentacyjną. Pracował przez 14 lat, odniósł wielkie sukcesy, miał prawo się wypalić. Niemniej oba mecze były bardzo atrakcyjne dla widza. Chcę więc podkreślić, że mecze o III miejsce na mundialu mają głęboki sens i nie podobają mi się głosy, które żądają ich zniesienia. Wracając do Deschampsa: jestem w stanie wyobrazić sobie, że zadał sam sobie pytanie po wszystkim: "A może ten mundial nie był już dla mnie?". Ja w 1986 roku też sobie takie zadawałem, ale po poprzednim turnieju Espana'82 wszyscy chcieli, abym prowadził tę drużynę dalej, łącznie z ówczesnym ministrem sportu, Marianem Renke.
Didier Deschamps zapewne zadał sam sobie pytanie po wszystkim: "A może ten mundial nie był już dla mnieFot. Icon Sport/SIPA USA/PressFocus
Sensacje?
- Sensacją były upadki wielkich. Rozczarowali Niemcy. Duże zaskoczenie. Nie spisał się selekcjoner Julian Nagelsmann. Ktoś, kto prowadzi tę reprezentację, musi cieszyć się autorytetem, a wyobrażam sobie, że ten trener akurat go nie miał. Nie podobało mi się jego zachowanie na ławce. Czasem był jak chłopek-roztropek, który na wszystkich się obraża. To nie przystoi.
Trenerzy, choćby nasi, ligowi, mogli skorzystać podglądając, co się na mundialu dzieje?
- Oczywiście! Mogli choćby wybrać drużynę i uważnie przyglądać się jej we wszystkich meczach, czasem trzech, czasem ośmiu. A przy okazji rozmawiać o nich ze swoimi podopiecznymi, budować ich świadomość, budować wzajemne relacje, wręcz więź. Partnerskie podejście ma sens!
Jest coś, co się panu podczas tego mundialu nie podobało; coś, co zaniepokoiło?
- Aż takiej ilości ordynarnych, w dodatku bardzo brutalnych fauli się jednak nie spodziewałem. Tylu ich nie było nigdy! Jak to możliwe, że skoro pan łapie mnie za rękaw, to ja pana - za jądra?! Mało tego - jestem taki cwaniak, że potrafię zdążyć w trakcie naszego upadku włożyć nogę między pańskie nogi - po to, żeby je zablokować, żeby zrobić panu jeszcze większą krzywdę. Nie może tak być, szanujmy się! To jest przecież piłka nożna. Nie rozumiem, jak sędziowie mogli dopuszczać do stanu, że to właściwie były sporty walki z piłką nożną w tle. Jeśli to wszystko pójdzie w tę stronę nie dość, że straci sens, to w dodatku przestanie mieć znaczenie. Z tym trzeba walczyć! Weźmy taką Argentynę; wiem, że pan ją lubi. Mówiło się o niej, że to drużyna walki. Rozumiem więc, że z taką Anglią podjęła walkę niesamowitą, nawet wręcz, jednak wszystko powinno mieć umiar. Zdaję sobie sprawę z politycznego kontekstu, z konfliktu o Falklandy/Malwiny itd. Sam bowiem w takim meczu podczas mundialu uczestniczyłem. W 1982 roku graliśmy ze Związkiem Radzieckim, był stan wojenny, chłopcy byli nabuzowani, żądni walki. Starałem się ich tonować. "Panowie, jeśli któryś przesadzi, może zostać zawieszony". Zdawałem sobie sprawę, że FIFA za krajami z ówczesnego bloku wschodniego nie przepadała. Zarówno za nami, jak i ruskimi. Wiedziałem, że nie będzie miała nic przeciw wzajemnym awanturom w tym meczu, że działacze będą zacierać ręce, ale potem wszystkich... skwapliwie ukażą. Zdawałem sobie sprawę, że cała odpowiedzialność spadnie na mnie, ale ja się tej odpowiedzialności nie bałem. Niemniej awantury w ogóle nie były w interesie drużyny. Wytrzymała presję, zrozumiała i skupiła się na grze w piłkę. Taki Zbyszek Boniek zamienił się po spotkaniu z Bałtaczą koszulkami, traktował to jednak jako... zdobycz wojenną, jak skalp (uśmiech). Wróćmy do fauli. Jeśli ktoś łapie za koszulki - mogę to wybaczyć. Ale jeśli skacze z całej siły na śródstopie rywala, żeby mu zrobić krzywdę - to już nie. Weźmy Messiego. Wiadomo, że to zjawiskowy piłkarz, jednak cztery lata miał ledwie kilka fauli przez cały turniej, może pięć... A tutaj stać go było na faule naprawdę szokujące, na czerwoną kartkę, już na początku imprezy. Musiał mieć na to przyzwolenie. Sprawiły to atmosfera szatni i sposób rozmowy z piłkarzami trenera. "Jak tego ode mnie oczekują, to ja też potrafię to zastosować". Muszę powiedzieć, że Argentyńczykom ten sposób lepiej wychodził cztery lata temu, kiedy zdobywali mistrzostwo... Muszę przy tym pana uspokoić: przesadnie bym się o nich nie martwił. Z pewnością dadzą sobie w przyszłości radę (uśmiech).
Co pan powie o sędziowaniu?
- Przy tak ostrej grze nie podobało mi się. Mało tego, nie mogę zgodzić się z takim sposobem prowadzenia meczów. Arbitrzy są mało konsekwentni w wymierzaniu kar. Może bali się, że jak będą, to.... nie będzie komu kończyć, bo drużyny będą zdekompletowane? Niemniej nie wolno pozwolić na brutalizację piłki! FIFA powinna reagować odpowiednią nowelizacją przepisów. Niedługo drużyny piłkarskie będą potrzebowały w składach dobrych karateków i dżudoków, a nie na tym ma to polegać! Ma polegać na grze w piłkę. A przecież każdy zespół ma w składzie kogoś takiego, kto potrafi grać brutalnie w sytuacjach trudnych... Jeśli mówimy o sędziowaniu, to muszę jeszcze powiedzieć o spalonych. Nie podoba mi się aptekarski sposób ich wymierzania, na centymetry. Uważam, że traci na tym duch gry. Nieuznanie gola dla Hiszpanów w finale, jeszcze przy stanie 0:0, to według mnie absurd... Absurd! Jakie znaczenie ma, czy odstaje ręka, klatka piersiowa czy plecy? A co jeśli noga jest z przodu, a druga całkiem z tyłu? Rozumiem gdy jest dwu-, trzymetrowy spalony, ale to? Cóż, dużo jest do poprawy.... Choćby w pracy tego Słoweńca, co sędziował finał. Za dużo błędów na takim poziomie.
Slavko Vincić nie popisał się sędziowaniem w finale. Fot. ANP/SIPA USA/PressFocu
To były mistrzostwa napastników?
- Zdecydowanie. Wielu było świetnych. Mbappe to kompletny piłkarz, Kane to osobny rozdział. Na Haalanda w pewnym momencie przeciwnicy znaleźli sposób. W każdej drużynie był ktoś świetny w ataku. Mnóstwo indywidualności.
Ten mundial był specyficzny, pod wieloma względami nowatorski. Jak się panu podobały przerwy na picie?
- Jestem przeciw. Wielu drużynom pozwalały dojść do siebie, Zdarzało się, że ekipa grała dobrze do takiej przerwy, a potem traciła wypracowany rytm, nie z własnej winy. To trochę na siłę wyrównywanie szans, bo przecież niektóre drużyny celowo stawiały na perfekcyjne przygotowanie fizyczne. Dla mnie skandalem było, że podczas takiej przerwy czas nie był zatrzymywany.
A ta długa przerwa na show w trakcie finału?
- Na to machnąłbym ręką. To raczej jednorazowy wyskok na potrzeby gospodarzy (uśmiech). Mam nadzieję, że to się nie powtórzy na następnych mistrzostwach.
Tak się złożyło, że przez część mundialu był pan akurat w Stanach. Powodem był ślub wnuczki, ale trafił pan akurat na mundial...
- Rzeczywiście; spędziłem tam prawie trzy tygodnie, większość meczów fazy grupowej oglądałem w Bostonie. Biletów nie starałem się w ostatniej chwili zdobyć, ale i tak miałem przyjemność chłonąć atmosferę imprezy.
Jak wrażenia?
- Muszę przyznać, że generalnie jestem zachwycony! Olbrzymie wrażenie zrobiły na mnie amerykańskie stadiony; gigantyczne, wielopiętrowe, przystosowane do przyjęcia tłumów; takie, na których świetnie ogląda się mecze. Widać, że Amerykanie umieją je budować. Choć przecież nie powstały dla potrzeb piłki nożnej, lecz innych dyscyplin, głównie futbolu amerykańskiego, to wspaniale się sprawdziły. Widok trybun wypełnionych do ostatka kibicami w narodowych barwach też robił na mnie olbrzymie wrażenie. Przyszło mi do głowy, że takie obiekty zasługują na to, żeby wypełniać się kompletem widzów na wielkich imprezach. Właśnie jak na mundialu. Jednocześnie zadawałem sobie pytanie: jak to możliwe, że aż tyle ludzi stać, żeby płacić za bilety tysiące dolarów... A przecież do tego dochodzi jeszcze podróż, hotele itd... Stwierdziłem, że na świecie musi być dużo bogatych ludzi z warstwy średniej (uśmiech). A teraz powiem coś, czym być może pana zaskoczę.
Tak?
- Na początku byłem absolutnym przeciwnikiem turnieju z udziałem 48 drużyn. Kto to widział? Jaki będzie poziom? Czy nie grozi nam nuda? Okazało się, że było wręcz przeciwnie. Turniej był fantastyczny, z mnóstwem zajmujących meczów. Kiedy zobaczyłem poziom drużyn egzotycznych, byłem pełen podziwu. Curacao, Wyspy Zielonego Przylądka, Wybrzeże Kości Słoniowej... Panie, wszystkie one grają bardzo dobrą czy wręcz świetną piłkę! Organizacja gry, przygotowanie motoryczne, dyscyplina taktyczna... Wszyscy uczestnicy to mieli, przekonałem się, że na tym turnieju przypadkowych zespołów nie było! Ten format, po zastanowieniu się, uznaję za dobry. Warto było! Mało tego: czytam, że są przymiarki do kolejnych finałów, tych za 1440 dni z udziałem 64 drużyn i... też nie mam nic przeciwko! Mnie w tym momencie nie chodzi już tylko o stronę sportową, choć ta się broni. Chodzi też o wymiar społeczny. Te mistrzostwa pokazują bowiem siłę futbolu w tym sensie, że uwypuklają ich wartość na innym polu. Napędzają poczucie patriotyzmu, powszechne zainteresowanie. Czyż to nie piękne, że jakaś mała wyspa na środku oceanu spać nie może i trzyma kciuki za własnych chłopaków? Świat zauważa te miejsca, robi się o nich głośno. Być może właśnie dzięki temu narodzą się tam kolejni nietuzinkowi piłkarze. Jestem przekonany, że wielu ludzi, którzy dotąd nie interesowali się futbolem, zastanowią się i spytają teraz samych siebie: "Wiesz co? Być może ta piłka nożna coś w sobie ma"... Piłka nożna jak nigdy dotąd pokazała, jaką ma siłę oddziaływania. To było przecież święto całego świata.
Co w USA mówiło się o sprawie Baloguna?
- Nie wolno takich rzeczy robić! Kiedy byłem w Stanach, pewnego ranka przy śniadaniu zięć do mnie mówi: "Tato, ale numer odwalili". Chodziło właśnie o Baloguna. Trump jako prezydent chciał ratować Stany Zjednoczone, ale popełnił błąd w rachubach. Powinien mieć podpowiadaczy, którzy by mu na ucho powiedzieli: "Nie rób tego". Może i zyskał poparcie dziesiątek tysięcy Amerykanów, ale stracił jednocześnie sympatię milionów ludzi na całym świecie.
Na koniec pytanie o polską piłkę. Jak wygląda na tym tle?
- W eliminacjach nie przegraliśmy z byle kim, Szwedzi mieli na tym mundialu dobre momenty. Nie martwiłbym się przesadnie. Nie uważam, że świat nam odjeżdża. Jesteśmy na dobrej drodze i kwestią czasu jest doszlusować do tej stawki. Jeśli wyciągniemy wnioski z tej lekcji, wszystko będzie dobrze. Myślę, że Jan Urban da radę. Musi jednak pamiętać o jednym. Nie może przestać myśleć nie tylko o drużynie, ale i... o sobie jako trenerze. Nie może przestać się rozwijać jako szkoleniowiec. Nie może spocząć na laurach. Musi nad sobą - jako trenerem - pracować.
Rozmawiał Paweł Czado
