Cwaniactwo, krew, pot i łzy...
...wściekłości oczywiście! W polsko-tureckich klubowych konfrontacjach tyle się działo, że nawet Henrykowi Sienkiewiczowi fajka wypadłaby z wrażenia z ust, gdyby poznał szczegóły. Z pewnością jakiś epizod w „Ogniem i mieczem” by się pojawił!
Kiedyś główną siłą tureckich klubów byli ich fanatyczni kibice. Natężenie fanatyzmu się nie zmieniło, wzrosła jednak znacznie wartość sportowa tamtejszych drużyn. Fot. SIPA USA/PressFocus
TURECKO-POLSKA KONFRONTACJA
O żywiołowości i fanatyzmie tureckich kibiców słyszałem mnóstwo opowieści od naszych piłkarzy z dawnych lat. Górnik też to zresztą kiedyś przeżył - ponad pół wieku temu. Wtedy jedyny jak dotąd raz zagrał w pucharach europejskich przeciw tureckiej drużynie. Teraz przed nami rewanżowe starcie Górnika z Fenerbahce w 2. rundzie kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów. Mecz w Zabrzu zapowiada się frapująco. Dobrze, że rewanż jest w Polsce, szanse są większe. Przeskoczenie przez Zabrzan konstantynopolitańskiej przeszkody byłoby wyczynem nie lada - z oczywistych względów: w górę wystrzeliła wartość czysto sportowa tamtejszych drużyn. Na papierze zespoły ze Stambułu i okolic są dziś znacznie mocniejsze niż te znad Wisły, na szczęście muszą to jeszcze potwierdzać na boisku. Tak czy inaczej - Górnik ma szansę. Ciekawe, czy podczas środowego meczu zdarzą się jakieś cuda. W przeszłości bowiem cudów i „cudów” w tej rywalizacji zdarzało się tyle, że na uspokojenie można napić się jedynie słynnej tureckiej herbaty - najlepiej w ogrodzie herbacianym, czyli „çay bahçesi”.
Kręcenie lodów
Mecz w Zabrzu poprowadzą belgijscy arbitrzy, w przeszłości miało znaczenie, skąd są... Nie przemawia przeze mnie niechęć do kogokolwiek, przypomnę najpierw pierwsze w historii starcie między polską a turecką drużyną. To jeszcze czasy, gdy telewizja nie była na stadionach stałym gościem...
Bytomska Polonia (sensacyjny mistrz Polski pierwszego sezonu po zmianie formatu z wiosna-jesień na jesień-wiosna) jako pierwsza przekonała się, co znaczy rywalizacja przy fanatycznych tureckich kibicach. „Zabójcze tempo mistrza Turcji Galatasaray dobiło zmęczonych Bytomian” – pisał „Sport” w listopadzie 1962 roku, choć - gdy dziś przyjrzymy się temu pierwszemu spotkaniu - wcale nie o tempo chodziło, choć piłkarze gospodarzy rzeczywiście mieli przypominać „konie wyścigowe przed startem”...
O co chodzi? Świetnie wyjaśnił to wówczas załamany trener Bytomian Hubert Skolik w telefonicznej rozmowie ze „Sportem” po spotkaniu. – Sędziowie „robili” nas straszliwie. Im Turcy mają do zawdzięczenia przynajmniej połowę zwycięstwa. Nie wiem, dlaczego Rumuni zapałali do Turków taką miłością, ale sędzia główny był ich trzynastym graczem (nie muszę tłumaczyć, że dwunastym była publika - przyp. red.). Właściwie on zdobył pierwszą bramkę dla Galatasaray. Faul Wieczorka, po którym podyktował karnego, miał miejsce przed linią pola karnego! Poza tym był wyczulony na nasze ofsajdy, podczas gdy na metrowe spalone skrzydłowych tureckich przymykał oko. W 20 minucie po wykopie Pierzyny pękła piłka i sędzia zgodził się na kontynuowanie gry „balonem”, z którym nasi piłkarze w ogóle nie potrafili sobie dać rady – wściekał się Skolik. I jeszcze coś - Turcy we własnym polu karnym często łapali Polonistów za rękę, a gwizdek arbitra milczał zawsze.
Przed rewanżem u gości panikę wywołała wieść, że spadł śnieg. Wyobraźcie sobie, że wcześniej aklimatyzowali się przez… 14 dni (sic!) w... Rumunii. Do Polski przyjechali 5 dni wcześniej, żeby się aklimatyzować, nie musieli rozgrywać żadnych meczów, tamtejsze władze piłkarskie poszły im na rękę. Zaraz po ulokowaniu w bytomskim hotelu „Bristol” wysłali do UEFA telegram z pretensjami, dlaczego rewanżu nie sędziuje ta sama trójka arbitrów z Rumunii, która zaplanowana była wcześniej! Zamiast nich zawody prowadził enerdowiec.
Mecz na Stadionie Śląskim przez 85 minut toczył się na przedpolu Turków, Edward Szymkowiak - najlepszy w mojej opinii polski bramkarz wszech czasów - w drugiej połowie nie musiał ani razu interweniować, ale Polonia zdołała wbić tylko jedną bramkę. więc odpadła. Jego vis-a-vis Turgay w tureckiej bramce dokonywał z kolei cudów. Poza tym Turcy kradli czas i bez przerwy się kłócili. Zdarzyło się, że w trakcie sprzeczki na boisko wbiegł nawet trener, żeby pomóc w sporze z arbitrem. Ten napominał, ale z boiska nikogo nie usunął. Na pomeczowym bankiecie przyznał się do jednego błędu - po kwadransie, przy stanie 0:0 nie podyktował karnego, bo zajęty był zwracaniem uwagi Turkowi za wcześniejszy faul….
Lubański lubi to
Teraz mecz Górnika z Fenerbahce z pewnością nie będzie wyglądał tak jednostronnie, choć - ku pokrzepieniu serc - warto przypomnieć jedyne wcześniejsze starcie Zabrzan z Turkami. Jesienią 1970 roku ich rywalem w Pucharze Zdobywców Pucharów był Goztepe SK z Izmiru.
Ferenc Szusza, węgierski trener Górnika, który sam w młodości był fenomenalnym piłkarzem, zdecydował się na... ostrożną grę. W pierwszym wyjazdowym meczu nie mógł wystąpić Zygfryd Szołtysik, bo zachorował. Defensywa, na której środku zagrał Jerzy Gorgoń, spisała się jednak wzorowo. „Sport” pisał, że Gorgoń „walczył bardzo dzielnie”. Jedyną bramkę kąśliwym strzałem w róg po wzorowej akcji zdobył Włodzimierz Lubański.
W rewanżu przed własną publicznością Górnik Turkom nie dał szans (działacze zastanawiali się gdzie grać, czy na Roosevelta, czy na Śląskim, ostatecznie wybrali to pierwsze rozwiązanie, a bilety rozeszły się w mgnieniu oka). Trener Szusza powrócił do bardziej ofensywnego wariantu – zdrowy Szołtysik wybiegł w podstawowym składzie, a Górnik pewnie wygrał 3:0. Lubański olśnił Turków. Wbił wtedy dwa gole, a trzeciego dorzucił Jan Banaś. Tureccy dziennikarze uznali wtedy Lubańskiego za najlepszego środkowego napastnika na świecie, obok Gerda Muellera. Wiadomo, że Turcy chętnie by go kupili i wiadomo, że wtedy nie było o tym mowy.
Pamiętajmy o kryształach!
Ostrą nauczkę od naszych również i Fenerbahce też już zdążyło odebrać. Dwa razy eliminował je w latach 70. Ruch Chorzów. Najpierw w 1972 roku, w 1. rundzie Pucharu UEFA, i dwa lata później - w 1/8 finału Pucharu Mistrzów. To jeszcze były czasy, gdy takie rozstrzygnięcia nie były niespodzianką. Niemniej turecka piłka dysponowała coraz większymi sumami pieniędzy. Fenerbahce otwarło szkatuły, żeby zatrudnić jako trenera Brazylijczyka Didiego, dwukrotnego mistrza świata (1958, 62), który doprowadził Peru do ćwierćfinału MŚ 1970. - Znałem Ruch już z poprzednich lat, wiedziałem, że drużyna ta poczyniła duże postępy, nie sądziłem jednak, że tak wielkie. Imponująca zwłaszcza jest kondycja zespołu, który przez okrągłe 90 minut potrafi grać w niebywałym tempie - przyznawał Didi, Była to zasługa trenera Michala Vicana, którego chciało zatrudnić kilka tureckich klubów, lecz nic z tego nie wyszło.
Ważne, że Chorzowianie mieli czas, żeby do Stambułu zabrać kryształy i tam je spieniężyć. Było ich tyle, że jeden pokój hotelowy był nimi... zapełniony. Przyszedł jakiś facet i powiedział, że kupuje wszystkie. Nieważne było, czy kryształ był mały, czy duży, za każdą sztukę płacił po 10 dolarów. Podczas meczu 50 tysięcy fanatycznych kibiców robiło wszystko, żeby utrudnić życie bramkarzowi. Piotr Czaja obrzucany był mandarynkami, parę kilo na murawie leżało. Ruch wygrał w Stambule, a kiedy nazajutrz piłkarze udali się na bazar, żeby zrobić małe zakupy przed powrotem do kraju, spotkali się z uznaniem handlarzy, którzy - gdy wszystko było rozstrzygnięte - docenili ich klasę. Tureckie gazety też nie miały wątpliwości: „Mistrz Polski zniszczył Fenerbahce”, „Drużyna na europejskim poziomie”, „Ruch pozbawił nas złudzeń” - to tylko niektóre tytuły prasowe znad Bosforu.
Piłka i karabiny maszynowe
W 1980 roku sensacyjny tytuł mistrza Polski zdobyły Szombierki i w 1. rundzie natrafiły na Trabzonspor, klub z miasta nad Morzem Czarnym, gdzie fanatyzm kibiców sięga nieba. Akurat w Turcji miał miejsce przewrót, doszło do zamachu stanu, sytuacja polityczna była wyjątkowo niestabilna. Pomocnik Jan Byś opowiadał mi, że w trakcie meczu dookoła boiska stali żołnierze z karabinami maszynowymi wymierzonymi w... publiczność.
Skończyło się na 1:2 po kontaktowym golu zdobytym w końcówce. Piłkarzy Szombierek zaskoczyło, jak wiele z atutów Turcy stracili w rewanżu, było gładkie 3:0. Ciekawostka - bramkarzem rywali był wtedy Senol Gunes, który - już jako selekcjoner - zaliczy największy sukces tureckiej piłki reprezentacyjnej, czyli trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 2002 roku.
Karteczki? Proszę bardzo!
Potem Turków było przejść coraz trudniej. W 1992 roku GKS Katowice nie dał rady Galatasaray, ale kontrowersji nie brakowało. Oczywiście w Turcji. 1000 dolarów to premia, jaką ustalił prezes GKS-u Marian Dziurowicz dla każdego zawodnika z podstawowej jedenastki za awans do 2. rundy Pucharu UEFA. Turcy mieli obiecane po 5 tysięcy na łebka. Na Bukowej było 0:0, a w Stambule 2:1 dla gospodarzy. Walijski arbiter dał popis. „Roman Szewczyk protestujący u sędziego po skopaniu przez rywali Marka Świerczewskiego „wywalczył” najpierw żółtą, a później czerwoną kartkę. Działo się to w 60 minucie. Katowiczanie nie poddali się. W dziesiątkę zdobyli bramkę, więc wydawało się, że jeszcze jedna leży w zasięgu ich możliwości. Ale nadzieje prysnęły w następnych minutach, kiedy boisko opuszczali ukarani czerwonymi kartkami kolejni piłkarze GKS-u, najpierw Adam Ledwoń, a później Piotr Świerczewski − przez pewien fragment meczu goniony przez trzech rywali. Arbiter widział jednak niesportowe zagrania tylko u piłkarzy Katowic”… - pisał „Sport”.
***
Jak skończy się najbliższy rozdział tej wybuchowej historii?
Paweł Czado
