Chcemy odstąpić większość akcji!
Rozmowa ze Zdzisławem Bikiem, udziałowcem Ruchu Chorzów
Jeden z prywatnych udziałowców Ruchu, Zdzisław Bik, po latach jest gotowy sprzedać swoje akcje. Fot. Jacek Sroka
Jak pan odbiera w tej chwili Ruch? To klub, który idzie do góry, czy jednak stoi w miejscu?
– Przed rozpoczęciem sezonu mieliśmy spotkania z prezesem Sewerynem Siemianowskim, z trenerem Waldemarem Fornalikiem. To na pewno nie jest ideał naszych marzeń. Wiemy, że mamy braki na różnych pozycjach. Pasowałoby je wzmocnić, ale liczymy, że tym zespołem – jak powiedział trener – możemy dużo zdziałać. Najbliższe mecze pokażą, w jakiej jesteśmy sytuacji. Pierwsze spotkanie, w Niecieczy, nam nie wyszło, chociaż pierwsza połowa była obiecująca. Nie wiem, co się stało w drugiej, ale tak to w piłce bywa. Jesteśmy jednak optymistami.
Ale cel pozostaje jeden – ekstraklasa.
– Celem minimum są baraże. Natomiast naszym szczytem oczekiwań, żeby znaleźć się w czołowej dwójce.
A czy ocenia pan obecny potencjał Ruchu jako ekstraklasowy?
– Nie jestem ekspertem i specjalistą w piłce i nie mogę tak jednoznacznie powiedzieć. Jestem natomiast fanem piłki nożnej od dzieciństwa i stąd moje zaangażowanie trwa już 26 lat, jeszcze od czasów prezesa Rogali. Z perspektywy obserwatora to nie jest na pewno szczyt tego, czego byśmy oczekiwali w Ruchu. Mamy jednak realną świadomość, na co nas stać. Na pewno liczę na zdolności trenera Fornalika, który w swoim życiu już pokazał, że nawet ze średniaka potrafi zrobić bardzo dobrą drużynę. Uważam, że mamy jednego z najlepszych szkoleniowców 1. lidze. Natomiast sezon jest długi i jeżeli nie uda nam się wzmocnić drużyny teraz, być może uda się ją wzmocnić zimą. Wiosna będzie decydująca.
Trener Fornalik pytany o potencjalne wzmocnienia wielokrotnie odwoływał się do ograniczonych możliwości finansowych Ruchu. Jak pan je ocenia?
– O tym między innymi mówię. Obecna piłka poszła finansowo bardzo daleko. Oczywiście mówię niepopularną tezę – nie godzę się z wysokimi, nieraz nieuzasadnionymi zarobkami, ale niestety nie mogę bić głową w mur. Musimy się dostosować do warunków na rynku, a rynek nas trochę wyprzedził. My, jako akcjonariusze – mówię w imieniu swoim i Aleksandra Kurczyka, który dał mi plenipotencje przemawiania jednym głosem – mamy świadomość, że przydałoby się więcej finansów. Wydaje mi się, że jak na te, którymi Ruch obecnie dysponuje, drużyna jest optymalna. Razem z panem Aleksandrem prowadzimy działania w celu wzmocnienia akcjonariatu. Bardzo chętnie podzielimy się naszymi akcjami, żeby ktoś następny mógł dojść jako akcjonariusz i wzmocnić finansowo Ruch. Nie jestem upoważniony, by zdradzać szczegóły, ale już pół roku temu podpisaliśmy umowę z renomowaną firmą w celu poszukiwania dodatkowego udziałowca. Szukamy, kto by mógł nas wzmocnić finansowo. Niestety, ale ja jestem w branży górniczej, o której dużo mówić nie trzeba: to branża schyłkowa. Pan Aleksander jest w branży medycznej, o której też wszyscy słyszą, że ciągle są tam niedopłaty.
Myślicie o akcjonariuszu mniejszościowym, czy w grę wchodziłby zakup większości?
– Chcielibyśmy pozostać akcjonariuszami chociaż w paru procentach. Jesteśmy w stanie odstąpić większość naszych akcji – nawet znaczną większość, by potencjalny akcjonariusz miał decydujący głos. Myślę, że chodzi nawet o 40 procent w ogólnym akcjonariacie Ruchu.
Mówimy też o akcjach firm powiązanych z panami, jak np. Carbonex, który również posiada udziały?
– Tak, również o tych, na które mamy wpływ i z którymi współpracujemy. Nie ukrywamy, że jesteśmy z nimi powiązani – ja z Carbonexem, a pan Aleksander z Urovitą. Wspólnie dysponujemy bodajże 50,5 procent akcji. Do zarządzania natomiast wystarczy 40 procent, bo nigdy nie ma stuprocentowej obecności na walnych zgromadzeniach. My z naszymi 50 procentami na walnych stanowimy 70 procent głosów.
A jak na ten pomysł zapatruje się największy obecnie akcjonariusz, czyli miasto Chorzów?
– Ostatnio mieliśmy spotkanie – miasto, pan Aleksander i ja - z przedstawicielami kibiców. Nie słyszałem sprzeciwu ze strony miasta. Zaproponowaliśmy również miastu odkupienie naszych udziałów, żeby miasto – które twierdzi, że ciągle ma mniejszość i nie może dofinansowywać Ruchu tak, jak ma to miejsce w innych klubach, w innych miastach – mogło łatwiej wspomagać klub. Dlatego też zdecydowaliśmy się na uchwałę, że Ruch będzie firmą pro publico bono (non profit – przyp. PT). Dla nas jako akcjonariuszy i dla potencjalnego nowego akcjonariusza to takie dwuznaczne. Bo akcjonariusze w spółkach giełdowych inwestują po to, żeby mieć z tego korzyści. Natomiast tutaj z góry zakładamy, że Ruch potrzebuje sponsorów i zaangażowania niebieskiego serca, żeby to było pro publico bono, a nie na zasadzie, że można stąd wyciągać finanse. Okres najbliższych pary lat to temat budowy Ruchu.
Czy można mówić już o jakichś efektach pracy firmy, która od pół roku szuka akcjonariuszy?
– Są pewne propozycje, trwają rozmowy. Wszyscy czekają na rozwój sytuacji w rundzie jesiennej. Uważam, że zainteresowane są poważne osoby i instytucje. Nie ulega wątpliwości, że siła marketingowa Ruchu i w ogóle piłki nożnej jest nieporównywalna z innymi działaniami marketingowymi. Mam nadzieję, że coś się z tego urodzi.
Inwestowanie w piłkę przez bardzo bogatych Polaków stało się ostatnio modne.
– Na to też liczymy (uśmiech). Z informacji, które mamy od tej firmy wiemy, że zainteresowane są też podmioty zagraniczne. Ameryki na pewno nie odkryję, że łatwiej by nam się rozmawiało, gdybyśmy byli w ekstraklasie. 1. liga jest zawsze tą najcięższą ligą do przebicia się.
Czy chętnych szuka tylko ta firma, czy panowie również szukacie, wykorzystując swoje kontakty?
– Sami też szukamy. Mówiliśmy ostatnio przedstawicielom kibiców, że prosimy o sprawdzanie informacji. Jeżeli proponujemy kogoś do współpracy, to nie kierujmy się plotkami, pomówieniami, że kolega coś mi powiedział i ja to przekazuję dalej. Uważam, że dużym błędem było odrzucenie oferty akademii ze Szczecina, którą proponowaliśmy rok temu (FASE, z Radosławem Soperczakiemna czele – przyp. PT). Nie daliśmy jej nawet żadnej szansy. Powinniśmy ją dać i po 3-4 miesiącach ocenić, w jakim kierunku to idzie. Zawsze możemy z kogoś zrezygnować.
A była taka opcja?
– Można było. W ogóle nie doszło wtedy do przedstawienia planu działania. Gdy kogoś zatrudniam do firmy, to najpierw pokazuje mi swoje CV, a potem koncepcję funkcjonowania. Tutaj nawet im na to nie pozwoliliśmy.
W obecnej sytuacji mówimy o rodzaju transakcji łączonej, między chętnym a panem i panem Kurczykiem?
– Obydwaj jesteśmy w stanie odpuścić znaczną część swoich udziałów. Mówię jedynie, że chciałbym zachować chociaż jeden procent, bo jestem tu 26 lat i chciałbym świętować chociaż 30-lecia funkcjonowania razem z Ruchem. W tym roku obchodzę też 40 lat prowadzenia prywatnej działalności, a przywiązuję wagę do takich symboli. I przez takie przywiązanie... popełniliśmy kiedyś błąd. Już kiedyś mówiłem, że lepszym byłoby wówczas, żeby Ruch był w 4. lidze i żeby budować od tamtego poziomu niż żeby spłacać długi poprzedników.
O jakich kwotach za sprzedaż akcji mówimy?
– Proszę wybaczyć, ale nie można przez prasę wypowiadać się, że – przykładowo – życzę sobie 100 milionów (uśmiech).
Akcje są notowane na giełdzie, więc pytanie, czy chodzi o cenę rynkową, czy jesteście w stanie trochę z niej zejść?
– Jesteśmy w stanie zejść nawet do 50 procent tego, co fizycznie – cashowo – zainwestowaliśmy w te akcje.
Czy macie jakiś wstępny plan, kiedy chcielibyście sfinalizować sprzedaż akcji?
– Chcielibyśmy to dopiąć w ciągu najbliższego miesiąca, ale wiemy, że to nierealne. Teraz kończy się sezon ogórkowy – bo co chwilę ktoś jedzie na urlop, ktoś wraca. Taki marazm potrwa na pewno do września. Mam nadzieję, że wtedy zaczną się konkretne propozycje, rozmowy; i wrzesień, październik to będą przełomowe miesiące. Na żadne spektakularne informacje bym wcześniej nie liczył.
Już trochę czasu funkcjonuje pan jako duży akcjonariusz. Wchodząc do Ruchu miał pan pewnie swoje plany, może marzenia. Czy teraz, chcąc sprzedać akcje, może pan powiedzieć, że udało się spełnić te założenia?
– W 2017 roku – kiedy postanowiłem wspomóc Ruch, gdy ówczesny prezydent i jeszcze parę innych osób prosiło mnie o ratowanie klubu – odzywała się we mnie przede wszystkim miłość do piłki nożnej i generalnie do Ruchu, z którym miałem rozbrat od 2008 roku. Zawsze kibicowałem jednak z sentymentem. Wówczas nie liczyłem, że środki, które zainwestuję, będą aż tak duże. Wstępne założenia były takie, że miałem wydać 1/3 tego, co wydałem. Niestety później, gdy dogłębnie weszliśmy w bilanse, to okazało się, że aby ratować, trzeba jeszcze dołożyć te 2/3. Mojego marzenia nie udało się jednak zrealizować. Mieliśmy firmę, która sponsorowała Borussię Dortmund i Schalke – połowa była za jednymi, połowa za drugimi. Mieliśmy cztery krzesełka na Dortmundzie, dwa na Schalke. Widziałem też, jak funkcjonują te drużyny, podobał mi się ich wizerunek, który – małymi krokami – prezes Siemianowski realizuje. Żeby zaangażować całą społeczność i żeby każdy miał swoje miejsce, krzesełko na stadionie, żeby każdy się z nim utożsamiał. Żeby to był klub wszystkich kibiców.
Gdyby cofnął pan czas do 2017 roku, zastanowiłby się pan drugi raz?
– Nie, byłem przekonany, że trzeba ratować Ruch. Tylko w sensie prawnym nie godziłem się na spłatę zobowiązań, które według mnie były wyimaginowane, a które PZPN niestety nakazał nam spłacić. Nie było pod to umów, dokumentów – a i tak musieliśmy płacić. Ale to już historia, której się nie wróci. Natomiast gdy spadliśmy do 3. ligi, to walczyliśmy w zasadzie tylko o historię. Przedstawiano mi, że zobowiązania wynoszą 12 milionów, a okazało się, że jest ich... 56 mln! (uśmiech). Wtedy trzeba było zrobić metodą GKS-u Katowice, czyli spaść do 4. ligi i nie spłacić wyimaginowanych zobowiązań, a pieniądze, które włożyliśmy w te spłaty, zainwestować w klub, żeby odbudować go piłkarsko. Do dzisiaj twierdzę, że najważniejsze jest zaangażowanie maksymalnych środków w budowę drużyny, a w drugim momencie - w budowę stadionu. Ten stadion musi być wybudowany, ale czy będzie wybudowany rok wcześniej czy dwa lata później – to drugorzędny temat. Pierwszorzędna jest drużyna, bo jeśli będzie drużyna, jest dla kogo budować stadion.
A jak pan zapatruje się na inwestowanie środków przez prywatnych inwestorów, bo pod tym kątem – choć mówicie z miastem jednym głosem – jesteście trochę po dwóch stronach. Jednak patrząc po liście wspomagających, sponsorów, to na koniec władze klubu zawsze będą patrzeć na udziałowców.
– Niewątpliwie tak to jest. Natomiast uważam, że mamy jeden z najlepszych marketingów, a marketing też ma swoje zadania. Może powiem coś niepopularnego, ale nie jest rolą udziałowców, właścicieli, dosypywanie pieniędzy. To jest rolą zarządu. Po to powołuje się zarząd firmy, aby swoimi umiejętnościami i kompetencjami mógł przyciągnąć różnych sponsorów. Bo od czego ma być zarząd? Tylko od zarządzania wpływami od udziałowców? To też bym chciał być takim prezesem, któremu ktoś dosypie do firmy pieniędzy. Jeśli mamy stratę, to... likwidujemy firmę albo przestajemy być prezesami. To normalne.
A czy mógłby pan powiedzieć coś więcej o propozycji sprzedaży waszych udziałów miastu?
– Złożyliśmy taką i powiedzieliśmy, że nie chcemy nawet żadnej gotówki. Miasto ma trochę zbędnych nieruchomości czy innych aktywów. Na zasadach czysto profesjonalnych możemy wycenić, ile nasze akcje są rynkowo warte i możemy się wymienić. To bardzo popularne.
Jaka była odpowiedź?
– Z tego, co nam wiadomo, miasto zleciło swoim prawnikom tę sprawę; jest w toku.
Po wielu latach władza miejska w Chorzowie się zmieniła. Teraz prezydentem jest Szymon Michałek, znany przecież z silnego zaangażowania w Ruch przed wyborami. Czy z obecnie rządzącymi rozmawia się łatwiej niż z poprzednikami?
– Niewątpliwie łatwiej, ponieważ obecny prezydent dotrzymuje słowa (uśmiech). Poprzednicy w ogóle go nie dotrzymywali. Zeszły rok był bardzo trudny ze względów proceduralnych. Dopóki nie było pro publico bono, miasto miało związane ręce. Natomiast to, czego się wtedy nie udało pod kątem finansowania, teraz miasto stara się nadrobić. Widać zaangażowanie i nie dyskutujemy o tym, bo wszyscy wiemy, że pan prezydent ma niebieskie serce.
Rozmawiał i notował Piotr Tubacki
