Całkiem bez bojaźni

W pierwszym meczu po powrocie do elity Biała Gwiazda pokazała, że także w niej będzie chciała grać swoje.

Wiślacy euforycznie reagowali na pierwsze gole w ekstraklasie od 2022 roku. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus

WISŁA KRAKÓW

Wisła była jedynym beniaminkiem, który na inaugurację zainkasował komplet punktów. Była też jedyną drużyną z najliczniej reprezentowanego w ekstraklasie miasta, która wygrała w pierwszej kolejce. Zespół ma duże możliwości rozwoju.

Nabierali pewności siebie

Krakowianie pokazali przeciwko GieKSie kilka oblicz. Było widać, że są nowicjuszami i trema trochę ma wpływ na ich poczynania. Zaczęli nieco schowani, ale nie przerażeni. Jednocześnie nie wpadli też w pułapkę hurraoptymizmu, od pierwszego gwizdka grając zbyt otwarcie, „na fantazji”, co bardziej doświadczony rywal mógłby wykorzystać. Potwierdzili też, że po awansie pozostali wierni swojemu DNA i najlepszą obroną skromnego prowadzenia jest jego podwyższenie, gdy przeciwnik jeszcze chwieje się na miękkich nogach. - Na początku kilka razy napędziliśmy GKS po stratach i rywal stwarzał zagrożenie po fazach przejściowych. Tam świetnie zachował się Marcel Łubik w jednej sytuacji - ocenia Mariusz Jop, który też debiutował w ekstraklasie jako pełnoprawny pierwszy trener. - Później trochę uporządkowaliśmy grę, szczególnie druga połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu. Wyszliśmy wysoko, zamknęliśmy rywali w ich polu karnym. 

Największa różnica

Były obrońca żałuje, że sędziowie anulowali trzeciego gola autorstwa Jordiego Sancheza. - Byłoby nam wtedy łatwiej kontrolować spotkanie. W końcowej fazie trochę za szybko i za nisko się cofnęliśmy. Za mało wykorzystaliśmy momenty, w których przejmowaliśmy piłkę po obronie niskiej. Tam było za dużo nerwowości, trochę strat - przyznaje. 

Maciej Kuziemka nie należał do najlepszych piłkarzy gospodarzy w niedzielnej rywalizacji, jednak był zadowolony z tego, co pokazał. Skrzydłowy się nie boi i taka też była postawa drużyny: z respektem do rywala i z wiarą w swoje umiejętności. - Mecz mi wyszedł dobrze, były udane dryblingi, stwarzałem zagrożenie. Nie czujemy bojaźni, czy strachu. Największą różnicą między ekstraklasą a I ligą jest indywidualna jakość zawodników - podkreśla. 

„Ostudzenie” głowy

Gospodarze zaczęli strzelanie od wykorzystanego rzutu karnego. Można się było zastanawiać, kto będzie wykonawcą, ponieważ na boisku jeszcze nie było Angela Rodado. Wracający do pełnej dyspozycji po kontuzji barku Hiszpan w poprzednim sezonie zamienił na gole wszystkie cztery „jedenastki”, które wziął na siebie. Wiadomo było, że nie będzie uderzał Sanchez, który niedawno zmarnował rzut karny w sparingu z Wrexhamem i wskazywanie go przy bezbramkowym remisie byłoby sporym ryzykiem. Piłkę długo w rękach trzymał środkowy obrońca Maxence Maisonneuve. Gdy sędzia kończył ustawiać pozostałych zawodników za linią pola karnego, na pierwszy plan wyłonił się Marko Bożić. Austriak ucieszył ponad 30 tys. kibiców, choć nie oddał perfekcyjnego strzału. Gabriel Kobylak miał piłkę na rękach, jednak siła kopnięcia była na tyle duża, że nie zdołał skutecznie interweniować. Trener Jop zapewnia, że Maisonneuve nie chciał „podkraść” piłki Bożiciowi. - Myślę, że chodziło o coś innego, bo widzieliśmy, że tam bramkarz wyszedł wyżej. Chciał trochę prowokować Bożicia i to jest taki znany manewr, że jeden zawodnik bierze piłkę, a ten, który strzela, idzie poza pole karne, żeby trochę „ostudzić” głowę. To była pomoc, nie chęć zabrania piłki koledze.

Michał Knura

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się