Bramka „stadiony świata”
Rozmowa z Adrianem Pinderą, obrońcą MRKS-u Czechowice-Dziedzice
Adrian Pindera (pierwszy z prawej w białej koszulce) ma co świętować na początku sezonu. Fot. MRKS Czechowice-Dziedzice
Proszę się zabawić w dziennikarza i opisać swoją bramkę „stadiony świata” w meczu 5. kolejki IV ligi śląskiej.
- Jako boczny obrońca, bo na tej pozycji gram od czasów juniorskich, włączyłem się do akcji ofensywnej. Po podaniu Daniela Iwanka wygrałem w polu karnym rywali pojedynek, a następnie strzeliłem, mierząc w „długi” róg. Uderzenie prawą nogą z lewego narożnika „szesnastki” było precyzyjne, bo piłka, odbijając się od poprzeczki, wpadła w boczną siatkę. To dodało kolorytu temu trafieniu, ale najważniejsze, że to była bramka na 3:1 i „przełamała” przeciwnika.
Czy to był pana najładniejszy gol w życiu?
- Na pewno jeden z ładniejszych. Jako obrońca nie jestem łowcą goli, choć w debiucie w barwach MRKS-u, dwa lata temu, po wejściu na boisko w 66 minucie ustrzeliłem hat trick w spotkaniu V ligi z Podhalanką Milówka. W sumie z 10 czechowickich trafień by się uzbierało, ale wśród nich tak efektownego sobie nie przypominam.
Sprawdziłem. W V lidze było ich 10 dla MRKS-u, a to pierwsze w IV lidze jest w sumie 11., nie licząc pucharowego gola z rezerwami Podbeskidzia 11 września 2024 roku. Czy spodziewał się pan, że jako beniaminek będziecie rządzić na najwyższym szczeblu rozgrywek Śląskiego Związku Piłki Nożnej?
- Gdyby mi ktoś przed inauguracją powiedział, że po pięciu kolejkach będziemy mieli 12 punktów i bilans bramkowy 8:2, to bym pomyślał, że jest szalonym optymistą, żeby go nie urazić słowem „zwariował”. A teraz okazuje się, że to jest dorobek, który powoduje niedosyt. Po trzech kolejkach mieliśmy nie tylko komplet zwycięstw, ale i „zero z tyłu”, a w czwartym spotkaniu straciliśmy kuriozalnego gola bezpośrednio z rzutu rożnego. W taki sposób rezerwy Ruchu przerwały naszą passę. Wydaje mi się, że bezbramkowy remis, choć Chorzowianie mieli więcej okazji bramkowych, w tamtym meczu mogliśmy wyciągnąć. Najważniejsze jednak, że szybko się podnieśliśmy i po wygraniu 4:1 z Decorem Bełk znowu jesteśmy na szczycie tabeli.
O co będzie walczyć czechowicka drużyna w tym sezonie?
- Jesteśmy co prawda beniaminkiem IV ligi, ale mamy w swoich szeregach piłkarzy, którzy już mieli styczność z dużo wyższymi klasami rozgrywkowymi. Doświadczenie jest więc naszym atutem, ale są też utalentowani młodzieżowcy i ta mieszanka na razie wygląda bardzo dobrze. Nie narzucamy na siebie żadnej presji, ale optymizm jest coraz większy. Przed startem myśleliśmy o tym, żeby się spokojnie utrzymać. Skoro jednak w meczach dominujemy, mamy większe posiadanie piłki od przeciwnika i kreujemy więcej sytuacji od rywala, to szatnia – na razie żartem – mówi o podium. Zobaczymy jednak, co pokaże czas, bo przed nami kolejny wymagający rywal. W niedzielę o 11.00 na wyjeździe zmierzymy się z rezerwami GKS-u Katowice i znowu będziemy mogli powiedzieć więcej o naszym miejscu w tej stawce.
Czy bardziej czeka pan na spotkanie z rezerwami Podbeskidzia, czy ze Spójnią Landek-Jasienica?
- Nie napinam się. Owszem, jestem wychowankiem Podbeskidzia i w jego trzecioligowych rezerwach jako 17-latek wchodziłem w seniorską piłkę, a dwa lata później zadebiutowałem w pierwszym zespole w Pucharze Polski i na zapleczu ekstraklasy. Chętnie do tego wracam, ale to już historia. Później grałem w Drzewiarzu Jasienica i Spójni Landek, z której dwa lata temu przeszedłem do MRKS-u. Spójnia jest więc świeższa w mojej pamięci i spotkanie z nią obudzi we mnie chyba większe emocje, ale w każdym meczu będę się chciał pokazać z jak najlepszej strony.
Czy 28-latek, mający za sobą dwa występy w I lidze, ma jeszcze piłkarskie marzenia?
- Mam pracę i realnie patrząc, ciężko byłoby znowu wejść na profesjonalny pułap, ale nie mówię nie. Zdaję sobie jednak sprawę, że mój czas na zaistnienie w futbolu przez duże „F” już minął. Trenuję i gram, bo to lubię, a praca dostawcy w Kolporterze, nie jest wyczerpująca fizycznie. Po treningu, czyli około 19.00, siadam za kierownicą i jeżdżę do 3-4 w nocy rozwożąc towar. Można więc pogodzić pracę z przyjemnością, a kiedy się wygrywa i strzela efektowne gole, albo asystuje przy bramkach kolegów, radość rośnie i to mnie napędza.
Rozmawiał Jerzy Dusik
