Barceloński początek pełen emocji
Sobota to triumf grupy Visma-Lease a Bike i jej lidera Jonasa Vingegaarda, za to niedziela należała do UAE Team Emirates-XRG Tadeja Pogacara, który dał wygrać koledze z drużyny.
Zwycięska ekipa Visma-Lease a Bike pod świątynią Sagrada Familia. Fot. Le Tour
TOUR DE FRANCE
Grand Depart, czyli Wielki Start największego wyścigu na świecie, znów nastąpił poza granicami Francji. Po raz pierwszy zdarzyło się to w 1954 w Amsterdamie, w dwóch następnych dekadach było sporadyczne, potem coraz częstsze, żeby w XXI wieku stać się czymś, co w ogóle nie dziwi, bo w tym okresie więcej niż co drugi start (14 z 26 ostatnich) odbył się poza krajem leżącym nad Loarą i Sekwaną. Państwa, regiony i miasta wydają majątek, żeby przez otwierający imprezę weekend gościć jej uczestników. Szacuje się, że ta ogromna promocja – w końcu pokazuje, mówi i pisze o nich nie tylko sportowy świat – kosztuje około pięciu milionów euro za samą opłatę licencyjną, do której trzeba doliczyć organizację wydarzenia, co w sumie daje kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt milionów euro. Czy warto? Niech odpowiedzią na to pytanie będzie fakt, że już teraz wiadomo, iż za rok Tour de France rozpocznie się w szkockim Edynburgu, za dwa lata w Reims na północy Francji, a zażarta batalia o Grand Depart w 2029 wciąż trwa.
Zupełnie inna „drużynówka”
Barcelona akurat o promocję nie musi zabiegać, a wręcz narzeka na nadmiar turystów. Wielki Start zorganizowała po to, żeby potwierdzić swoją renomę wielkiego ośrodka sportowego, i to po raz pierwszy, dołączając do dwóch innych hiszpańskich, a w zasadzie baskijskich miast – San Sebastian i Bilbao, które zrobiły to odpowiednio w 1992 i 2023 roku. Oficjalna prezentacja 184 kolarzy z 23 zespołów odbyła się w czwartek pod najbardziej znaną budowlą stolicy Katalonii, świątynią Sagrada Familia, którą zaprojektował Antonio Gaudi i której budowę w tym roku po 144 latach (!) wreszcie udało się zakończyć.
W sobotę trzytygodniowa rywalizacja rozpoczęła się od drużynowej jazdy na czas. Do tej pory takie otwarcie zdarzyło się tylko raz i to bardzo dawno temu, bo w 1971 roku. Do tego ostatni raz ta konkurencja znalazła się w programie TdF siedem lat temu. Ale nie z tych powodów dużo mówiło się o niej od chwili ogłoszenia trasy jesienią ubiegłego roku. W sposób radykalny zmieniono bowiem jej zasady – do tej pory grupie zaliczano wynik osiągnięty przez czwartego kolarza. Teraz jednak najważniejszy był czas pierwszego zawodnika – najlepszy dawał drużynie wygraną, a sam zapewniał sobie żółtą koszulkę lidera.
Wyścig po ulicach Barcelony wyglądał więc tak, że na płaskim odcinku, który zajmował mniej więcej trzy czwarte z blisko 20-kilometrowego dystansu, liderzy drużyn byli oszczędzani, a ich pomocnicy gnali do mety, ile sił (średnia prędkość zbliżała się do 60 km/h!), żeby po kolejnej mocnej zmianie odpaść z grupy i już spokojnie dojechać do końca. Dlatego na ostatnich najtrudniejszych kilometrach zostawali tylko ci, którzy walczyli o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej. Końcówka prowadziła zaś najpierw na słynne wzniesienie Montjuic, a później następowała poprawka w postaci krótkiej, ale treściwej wspinaczki pod Stadion Olimpijski. Nic więc dziwnego, że ci, którzy musieli walczyć do samej mety, docierali do niej skrajnie wyczerpani.
Idealny początek Duńczyka
W takich całkiem nowych realiach najlepiej poradziła sobie ekipa Visma-Lease a Bike. Jej lider, Jonas Vingegaard, bardzo długo mógł liczyć na pomoc kolegów, którzy jechali w niesamowitym tempie, i na ostatnim wzniesieniu sam wykończył ich – jak to ujął – fantastyczną pracę. – Cała siódemka poświęciła się dla mnie. Nie musiałem robić zbyt wiele, doprowadzili mnie aż do samej mety – chwalił kolegów Duńczyk. – To idealny początek, nie mogłem wymarzyć sobie lepszego. Żółta koszulka wiele dla mnie znaczy, bo mam za sobą kilka trudnych lat, a Tour de France to najważniejszy wyścig – podkreślał najgroźniejszy rywal Tadeja Pogacara.
Słoweniec, który wygrał dwie ostatnie edycje, teraz rozpoczął od dopiero trzeciego miejsca, bo wyprzedził go także Włoch Filippo Ganna z Netcompany INEOS. – Wiadomo, że zawsze chcę wygrać. Cieszę się, że ten bardzo trudny dzień mamy już za sobą. Przygotowujesz się do zaledwie 20-minutowego wysiłku, a towarzyszy temu ogromny stres – podkreślał mistrz świata, który najszybciej pokonał końcowy odcinek i dzięki temu w niedzielę wystartował w koszulce w czerwone grochy dla lidera klasyfikacji górskiej.
Dublet UAE Team Emirates-XRG
Drugi odcinek zaczynał się w Tarragonie i znowu miał metę w Barcelonie przy Stadionie Olimpijskim. Wymagająca końcówka na rundach oznaczała, że i tym razem będzie emocjonująco. – Czeka nas zdradliwy etap, idealny dla puncherów (specjaliści od krótkich, stromych podjazdów – przyp. gak). Finał będzie chaotyczny, a sytuacja może się skomplikować jeszcze przed nim – przewidywał Tadej Pogacar i nie chcąc do tego dopuścić, desygnował do pracy w stolicy Katalonii najpierw Amerykanina Brandona McNulty'ego, a potem Brytyjczyka Adama Yatesa. Ci jechali bardzo mocno, w ten sposób znacząco ograniczając prowadzącą grupę i w pełni kontrolując sytuację na trasie. Na finałowym podjeździe zaatakował zaś inny kolarz UAE Team Emirates-XRG, Isaac del Toro. Sam Pogacar miał na tyle sił, żeby zwyciężyć, ale kiedy zobaczył, że zostawił za sobą Vingegaarda, dał wygrać Meksykaninowi, wjeżdżając na metę obok niego. – Jestem wielkim szczęściarzem. Cieszę się, że zrealizowaliśmy plan – przyznał z entuzjazmem debiutujący w Wielkiej Pętli 22-latek, dziękując jednocześnie Słoweńcowi.
– To ty powinieneś wygrać – wskazuje na mistrza świata niedzielny zwycięzca. Fot. PAP / EPA
Liderem pozostał czwarty wczoraj Duńczyk, który dziś na górskim odcinku z metą w Pirenejach będzie bronił żółtej koszulki. Może jednak do tego nie dojść, bo w tamtym rejonie szaleje pożar i z tego powodu rozważano odwołanie etapu.
Dwóch startujących w TdF Polaków, Michał Kwiatkowski (Netcompany INEOS) i Kamil Gradek (Bahrain-Victorious), w weekend wykonało to, co będą robić podczas reszty wyścigu, czyli pracowało na liderów swoich drużyn. W klasyfikacji generalnej zajmują dalekie miejsca, co nie ma dla nich większego znaczenia.
Grzegorz Kaczmarzyk
1077 TYLE dni minęło od chwili, kiedy Vingegaard poprzedni raz jechał w żółtej koszulce lidera (ostatni etap Wielkiej Pętli w 2023, którą wygrał)
1. etap, Barcelona - Barcelona (drużynowa jazda na czas, 19,6 km):
1. Visma-Lease a Bike 21.472. Netcompany INEOS - strata 8 s.
3. UAE Team Emirates-XRG 12
2. etap, Tarragona - Barcelona (168,5 km):
1. Isaac del Toro (Meksyk)2. Pogacar (obaj UAE Team Emirates-XRG)
3. Remco Evenepoel (Red Bull-BORA-hansgrohe) - wszyscy 3:40.01 ... 86. Michał Kwiatkowski (Netcompany INEOS) 11.06, 163. Kamil Gradek (Bahrain-Victorious) 13.56.
Klasyfikacja generalna:
1. Vingegaard 4:01.482. Pogacar 6
3. Evenepoel 15 ... 79. Kwiatkowski 14.06, 162. Gradek 18.33.
