Banda Mansona i banda Paredesa

MUCHA NIE SIADA - felieton Tomasza Muchy

Zanim sztuczna inteligencja zaczęła nam robić wodę z mózgu i zalewać alternatywną rzeczywistością – solidnie na bakier z prawdą – ale też czasem bawić, robiła to z powodzeniem inteligencja ludzka. Takim kinowym żonglerem w przewrotnym wywracaniu historycznych faktów pozostaje oczywiście Quentin Tarantino; zapewne oglądaliście „Bękarty wojny” i śmierć Adolfa w płonącym kinie, być może część z Was widziała też „Dawno temu... w Hollywood”, gdzie banda Mansona wcale nie zabiła żony Romana Polańskiego Sharon Tate i jej przyjaciół, lecz sama została zmasakrowana – dosłownie - omyłkowo trafiając do niewłaściwej posesji przy Cielo Drive w Los Angeles, w której czekali już zaradni Brad Pitt, Leoś di Caprio i ich krwiożerczy psiaczek.

Te fantastyczne – dosłownie i w przenośni - historie mistrza Tarantino są na swój sposób rozczulające, mają w sobie szlachetny i idealistyczny rys tęsknoty za naprawą złego świata, w którym czarnym charakterom dostaje się pięknym za nadobne, niewinni zostają oszczędzeni, a dobro zawsze zwycięża – niechby po trupach, niechby na chwilę i choćby tylko na taśmie filmowej.

Myślę, że gdyby Tarantino wziął się za opowieść o piłkarskim mundialu Anno Domini 2026, miałby niezłego zgryza w wyborze czarnych charakterów, których można by brawurowo unicestwić.

Pierwszy kandydat - pomarańczowy dureń, który wymuszał naginanie przepisów i anulowanie decyzji sędziowskich na boisku. Wątpliwość jest taka, że absurdalna postać ta nadaje się raczej do tragikomedii lub farsy, demona w nim tyle, co rodzynków z polskiej ekstraklasy na boiskach mundialu. No ale już sam fakt, że wariat rządzi światowym mocarstwem wystarczy do wzbudzenia grozy wcale niefilmowej. Najbardziej zasadnie tego poronionego narcyza potraktowali Hiszpanie – nie mogąc zwyczajnie wykopać, wymazali po prostu z mistrzowskiego zdjęcia. Problem w tym, że ta historia wciąż się toczy, to gumkowanie musi być nieustające, nie wiadomo jak długo jeszcze światu starczy cierpliwości i czy Hollywood doczeka tej agonii. To samo dotyczy trumpowego koleżkę i szefa FIFA Infantino – choć aż prosi się na wiecznie zadowolonego z siebie łysola nałożyć infamię, Tarantino dałby tu radę.

Może jednak lepszym workiem do bicia byłaby zbiorowość sędziowska (choć to dosyć zgrana karta...), promująca boiskową przemoc i brutalność, począwszy od pewnego ślepego ubeka (pardon, Uzbeka), a skończywszy na rodaku pierwszej (?) damy (?) o nazwisku Vinczić... No nie może być bardziej adekwatnego winowajcy wszystkich nieszczęść, w tym polskich! Wszak to Słoweniec był kompletnie niewrażliwy na krzywdę Orłów w Solnej w marcowym barażu ze Szwedami, a w finale mundialu omal nie pokierował ku zwycięstwu drużyny ewidentnie gorszej.

Sędzia Vinczić i herszt Paredes - potencjalni antybohaterowie filmowej opowieści... Fot.  ANP/SIPA USA/PressFocus

Więc może jednak najgorszymi z najgorszych uczynić samych kopaczy – a może raczej boiskowych bandytów – w koszulkach Argentyny, na czele z hersztem tej bandy, niejakim Paredesem? Scenarzysta mógłby podbić stawkę i zacząć od jak najbardziej prawdziwej sceny, w której 20-letni Messi kąpie w wanience półrocznego Yamala. W pewnym momencie - tu już popuszczam wodze fantazji - nieśmiały Leoś niezdarnie wypuszcza z rąk malucha, który zanurza się w wodzie... Dalej nie brnę w tę złowieszczą opowieść, by nie szargać cierpliwości co bardziej wrażliwych Czytelników. Ale żongler Quentin zapewne potrafiłby coś smacznego wysmażyć – wszak prawie 20 lat po nieszczęsnej kąpieli dochodzi do niezwykłej vendetty oseska, który wznosi Puchar Świata, podczas gdy łazienkowy oprawca topi się we łzach...

Jest tylko fundamentalne „ale”: Messi to oczywiście kiepski materiał na symbol tego, co złe w światowym futbolu; przeciwnie, to raczej ktoś na miarę biblijnego mędrca, który daje pstryczka w nos ambitnym uczniakom. Geniusz, fenomen, bożyszcze - brakuje epitetów, by opisać fakt, że 39-letni piłkarz niemal w pojedynkę wciągnął przeciętną drużynę do finału i do ostatniego meczu miał szansę na koronę króla strzelców. Poruszony Leo spoglądający smutnym wzrokiem na cieszących się Hiszpanów to jednak, co by nie powiedzieć, najbardziej właściwa puenta tej mundialowej historii. Bo czasem nawet samo życie potrafi wziąć sprawy w swoje ręce i znajduje happy end.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się