Amerykańskie perypetie
Dwa hotele i dwie ulice o tej samej nazwie, odwołany samolot, stojące autobusy… Logistyka na zakończonym mundialu stanowiła prawdziwe wyzwanie.
MUNDIALOWY REPORTAŻ
Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda – słowa piosenki z kultowego serialu „Do przerwy 0:1” emitowanego w telewizji pod koniec lat 60., a wykonywanego przez zespół Wiślanie 69, znakomicie pasują do tego, co było za Wielką Wodą na XXIII Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej.
Trzygodzinne czekanie na kontrolę paszportową na lotnisku JFK po przylocie do Nowego Jorku czy kłopot z przełącznikiem do prądu (inna wtyczka!) to były igraszki w porównaniu z tym, co miało miejsce później. To – po RPA 2010, Rosji 2018 i Katarze 2022 – były moje czwarte mistrzostwa świata, ale takich kłopotów jak za Atlantykiem jeszcze nie miałem. Teraz wszystkiego się namnożyło, choć przy takiej hardkorowej jeździe, odległościach oraz napiętym grafiku można się było tego spodziewać. Oto kilka przygód, które tam przeżyłem…
Przygoda numer 1. Lotnisko w Atlancie
W czwartek 18 czerwca poleciałem na spotkanie Czechy – RPA do Atlanty. Z Nowego Jorku to 865 mil, czyli około 1400 kilometrów, jak z Wrocławia do Londynu. Można jechać autobusem, ale podróż będzie trwać 17 godzin. Decyduję się więc na samolot. W przeddzień wylotu dostaję informację z linii „Delta”, że lot – z uwagi na kiepską pogodę – może nie dojść do skutku. Tornada, huragany, burze pustoszą Missisipi, Luizjanę, Alabamę i docierają do Georgii. Lecę jednak o 6.00 z lotniska La Guardia. Po dwóch godzinach jestem na miejscu. Jest parno, wilgotno. Cudowny stadion Mercedes-Benz – jeden z najlepszych na tym mundialu, a może i najlepszy, na jakim byłem – ma zasuwany dach. Jest klimatyzowany, wewnątrz 22 stopnie Celsjusza, tutaj to 72 stopnie Fahrenheita, bo taką skalą posługują się Amerykanie. Mecz zaczyna się o 12.00. Zaraz po nim jadę metrem – tutaj subway – Martha na lotnisko. Tam muzyka na żywo, bo Georgia to stan słynący z genialnych muzyków. Mam trochę czasu. Słucham koncertu wokalistki, jem pizzę, a w telefonicznej aplikacji otrzymuję informację, że lot z 21.00 zostaje odwołany! Powód? Intensywne opady deszczu, burze. Wszystko stoi… Lotnisko Hartsfield-Jackson to jedno nie tyle z największych w Stanach, co na świecie. Zajmuje 1528 hektarów, prawie tyle samo, co Sopot, zatrudnia 56 tysięcy ludzi, a w 2025 roku obsłużyło 105 milionów pasażerów (dla porównania Katowice-Pyrzowice 7,2 mln). Co robić? Przecież nazajutrz mam jechać do Filadelfii na mecz Brazylia – Haiti. Odsyłają mnie z jednego miejsca na drugie – terminale D, B, E. W końcu jest miejsce, ale niepewne, na liście rezerwowej tzw. stand by i na inne nowojorskie lotnisko – JFK. Biorę i modlę się, żeby miejsce po odprawie było. Jest, lecę. Do Nowego Jorku docieram z kilkugodzinnym poślizgiem, ale jestem na miejscu i do Filadelfii mogę jechać autobusem, bo to 150 km.
Boston South Station to szczególne miejsce na mapie mojego wyjazdu za Atlantyk na mistrzostwa świata. Fot. Michał Zichlarz
Przygoda numer 2. Odwołane autobusy
Najtaniej podróżować w Stanach autobusami. Trzykrotnie jeżdżę na trasie Nowy Jork – Boston – Foxborough i z powrotem. Zajmuje to prawie… 24 godziny. Bilet w dwie strony z NYC do stolicy stanu Massachusetts to 120-140 dolarów (około 450-500 złotych).
To był mój drugi wyjazd, akurat na starcie Francja – Norwegia, i cieszyłem się, bo powrót po południowym meczu miałem o godzinie 19.30, a na miejscu miałem być Manhattanie przed północą. Zdążyłem na minuty przed planowanym wyjazdem, bo stadion w Bostonie ma tyle wspólnego z tym miastem, co lotnisko w Pyrzowicach z Katowicami. To mniej więcej ta odległość, ale żeby dojechać na stadion w Foxborough, trzeba się przebić przez korki.
Jestem więc na miejscu, a autobusu amerykańskiej filii Flixbus nie ma… Przyjechał o 22.00 i zabrał dziesięć osób, bo już był wypełniony, a kierowca kazał jeszcze sobie dodatkowo zapłacić 50 dolarów… Dramat. Na miejscu, zamiast przed północą, jestem o czwartej rano.
To jeszcze nie było wszystko. Już w fazie pucharowej byłem w Foxborough na meczu Niemców z Paragwajem. Spod stadionu „media bus” miał wyjechać o 19.30. Dogrywka i karne, więc wszystko odłożono w czasie najpierw na ósmą wieczorem, potem na 20.20. Autobus z Bostonu do Nowego Jorku miałem o 21.30. Nie było szans, żeby dojechać. Co robić? Aplikacja Uber. Oni się przygotowali. Pod stadionem autobusy i za 25 dolarów podwózka do centrum. Byłem na styk, kilkanaście minut przed czasem i tym razem autobus linii Greyhound ruszył o czasie.
Przygoda numer 3. Nie ta ulica
O drugiej rano ląduję w któryś dzień po meczu na Jamaica Queens. Okolica nieciekawa, a jeszcze ucieka mi autobus na Maspeth. Kolejny za godzinę. Nie, nie czekam, jestem wykończony. Zamawiam Ubera. Kierowca Pakistańczyk i jedziemy pod wskazany adres. Podjeżdżamy, budynek oznaczony numerem 61-59 jak tam, gdzie mieszkam, ale cholera – coś się w tej zabudowie nie zgadza. – No to chyba tu? – pyta Pakistańczyk. Wychodzę, patrzę, on odjeżdża, ale to nie ten budynek, choć numer ten sam. Niech to szlag! Przywiózł mnie na 56th Street, a „moja” ulica to owszem też 56th Street, ale pełna nazwa to 56th Drive Street. Na piechotę niespełna pół godziny spaceru, jak wskazuje Google Maps, bez czego nie jestem w stanie się tutaj obyć, ale i tak adres pomyliłem.
Przygoda numer 4. Nie ten hotel…
To już końcówka drugiego tygodnia pobytu w Nowym Jorku i już mecz numer cztery na Met Life Stadium w East Rutherford. „Niby wszystko ogarnięte, więc nic już złego nie może mnie spotkać” – myślę sobie, jadąc od siebie z Maspeth na Manhattan do Even Hotel, bo to stamtąd jeżdżą autobusy dla mediów na stadion. Ostatni na mecz Anglia – Panama jedzie o 15.00. Będę na czas i jestem. Jest Even Hotel i jest niby OK. Niby, bo patrzę – cholera, znowu nie ta zabudowa, co wcześniej. Nie ma za bardzo się kogo nawet zapytać, bo recepcji w hotelu na parterze brak. No dobra, przychodzi fotoreporter z Irlandii z akredytacją Steve, a potem jeszcze dwóch dziennikarzy z Ekwadoru. Oprócz nas jednak nikogo… Nagle konsternacja, bo to nie ten hotel! Okazuje się, że jesteśmy w Even Hotel w Midtown, a ten nasz prawdziwy Even Hotel jest 1,5 mili dalej na Times Square! Jazda Uberem nie pomaga, bo wszystko zakorkowane. Są autobusy dla kibiców z centrum, ale akredytacja nic nie daje, to tylko dla fanów z biletami. Jedziemy autobusem z Nowego Jorku do New Jersey. Kolejny Uber (za 50 dolarów – około 190 zł) i na piechotę na Met Life. Przychodzimy na czas jeszcze przed tym, zanim zagrali hymny.
Michał Zichlarz
Takimi autokarami podróżowali po wspaniałych amerykańskich drogach piłkarze 48 reprezentacji. Dla dziennikarzy nie były dużo gorsze. Fot. Michał Zichlarz
Lotu do Atlanty na mecz Czechy – RPA długo nie zapomnę… Fot. Michał Zichlarz
