Amen!
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Gdyby ograniczyć się tylko do obejrzenia konferencji prasowej najbardziej zakochanych w sobie ludzi na świecie, czyli prezydenta USA, Donalda Trumpa oraz jego odpowiednika w FIFA, Gianniego Infantino, to nikt nie miałby wątpliwości, że właśnie zakończył się najlepszy mundial w historii. Obaj panowie mogliby śmiało pełnić funkcję króla, cesarza, faraona, cara lub szacha (niepotrzebne skreślić). Ich zdaniem na tym turnieju wszystko było NAJ.
Czyżby? Z relacji osób obecnych na miejscu dowiedziałem się, że prawdziwie futbolowe klimaty można było poczuć tylko w Meksyku. W Kanadzie było cicho i spokojnie, a w USA obciachowo-jarmarcznie. Ale czy w obecnej dobie ktoś jeszcze jedzie na piłkarskie mistrzostwa świata z miłości do futbolu? Pewnie tak, choć takich jak nasz król Bobo (Andrzej Bobowski) jest coraz mniej. Ten facet za własne, ciężko ciułane przez kolejne czterolecia pieniądze nie opuścił mundialu od 40 lat. Po turnieju w USA w 1994 roku, moim ostatnim w roli sędziego, wydawało się, że nadejdzie czas edukowania Jankesów w arkanach piłki nożnej, zwanej u nich nie wiedzieć czemu soccerem. Nic z tych rzeczy; to my, Europejczycy, poszliśmy w stronę robienia cyrku z najważniejszej gry sportowej. Zupełnie tego nie rozumiem i pewnie już nie zrozumiem.
Po raz pierwszy od dekad nie obejrzałem wszystkich meczów. Ba, nie obejrzałem nawet połowy, w trosce o własne zdrowie i pamięć wielkich drużyn z wielkimi zawodnikami. W moim wieku zdrowy i długi sen to najlepsze lekarstwo, więc tylko dwa razy zerwałem się w środku nocy, z uwagi na fakt, że sędziował Szymon Marciniak z zespołem.
Drzewiej inaczej bywało. Człowiek zarywał noce dla złotych medalistów: Jurka Kuleja, Ireny Szewińskiej (wtedy jeszcze Kirszenstein), Mariana Kasprzyka, Waldemara Baszanowskiego i wielu innych polskich bohaterów. Nawet przygotowania do szkolnej klasówki szły na drugi plan kosztem ocen na świadectwie. Mnie się te mistrzostwa średnio podobały, ale rozumiem tych, których zachwyciły. To jak z muzyką: jeden woli Roda Stewarta, inny - jak Ania Lewandowska chociażby - Bada Bunny'ego. Nic to, że w tym czasie jej małżonek Robert prezentował się na konferencji otwierającej nowy etap jego kariery w Chicago. Wiele pani Ania nie straciła, takiej amatorszczyzny organizacyjnej dawno nie widziałem. Jedna butelka wody mineralnej na trzech facetów zasiadających za stołem była najlepszym podsumowaniem tej żenady. Frekwencja też słaba, ale trudno było o lepszą, gdy za chwilę zaczynał się półfinałowy mecz mundialu. Działacze Chicago Fire schrzanili wszystko, co się dało, tylko Robert Lewandowski stanął na wysokości zadania - wyluzowany, dowcipny i miły.
Piszę ten felieton jeszcze przed finałem mundialu celowo, by zostawić sobie czas na bardziej wnikliwą analizę za tydzień. Niezależnie od tego, jak spisze się (spisał) słoweński arbiter, jego nominowanie na najważniejszy mecz czterolecia budziło wielkie emocje, niekoniecznie pozytywne. I nie chodzi tylko o jego wielkie błędy w meczu Szwecja-Polska, które pozbawiły nas awansu na finałowy turniej. Także wcześniej i później Vincić udowodnił, że mistrzem gwizdka nie jest, a uczestniczenie w imprezce z mafiosami w rolach głównych (głośna sprawa sprzed 6 lat ledwie) raczej nie powinno być trampoliną na piłkarski szczyt. Przychylam się do opinii, że nominowanie sędziów na mecz finałowy to decyzja stricte polityczna. Tak było zresztą z wyznaczeniem mnie na finał Niemcy - Argentyna w 1990, gdy ówczesny prezydent FIFA, Sepp Blatter (właśnie prawomocnie oczyszczony z wszelkich zarzutów przez Sąd Najwyższy Szwajcarii) wykonał ukłon w stronę Ojca Świętego Karola Wojtyły, stawiając na Polaka.
Duet najbardziej zakochanych w sobie ludzi na świecie. Fot. PAP/EPA
Teraz znów prezydent Infantino pochylił się przed wielkim Donaldem Trumpem, wszak Pierwsza Dama USA jest Słowenką. Może znowu prezydent USA coś szepnął Gianniemu do ucha, jak przy anulowaniu zawieszenia napastnika amerykańskiego, wcześniej słusznie ukaranego czerwoną kartką? Inna teoria mówi o chęci ugłaskania prezydenta UEFA, Słoweńca Aleksandra Čeferina, któremu ostatnio nie było po drodze z kolegą z FIFA. A wybory coraz bliżej... Spiskowe teorie dziejów zawsze odżywają, gdy decyzje nie są transparentne i oparte na jasnych kryteriach.
Transfery po polsku w pełnym biegu, menadżerowie - zwani też pośrednikami transferowymi - są zarobieni po łokcie, a sute prowizje przydadzą się na długie jesienne wieczory, gdy karuzela z piłkarzami wyhamuje do następnego okienka. Zgodnie ze świecką tradycją, młodych zdolnych Polaków ustawiono w dalszych rzędach, gdyż w pierwszym dumnie prężą się gotowi do podpisania kontraktów cudzoziemcy. Cztery mecze rozegrane w ciągu roku w drugiej lidze holenderskiej? Nie szkodzi, widocznie tam trener się na nim nie poznał, dawać go do polskiej ekstraklasy. Granie w Centralnych Ligach Juniorów powinno być przepustką do kariery seniorskiej, jak na przykład we włoskiej Primaverze. Nie jest, mimo że mistrz Polski juniorów, Legia, całkiem udanie prezentował się na arenie międzynarodowej. Tajemnica tkwi w sieci powiązań zwanej „pay back”, opisanej przeze mnie w jednym z poprzednich felietonów. Tu działa prawo Kopernika-Greshama: „gorszy pieniądz wypiera lepszy”. Owszem, co sezon zdarzają się na polskich boiskach wirtuozi z zagranicy, ale palców obu rąk starczy, by ich policzyć. Pozostali to statyści, jak ja w filmie „Poranek kojota”.
Dariusz Szpakowski wielkim komentatorem jest, a nie był - jak mówi się czasem o zapomnianych poetach. Jego cykl „Rozmów na medal” z gwiazdami sportu dowodzi, że stary mistrz mikrofonu i ekranu jest jak Messi, Ronaldo, Modrić i Lewandowski na murawie. Ostatni odcinek z Grzegorzem Lato był świetnym deserem po sobotnim obiedzie. Pewnie znajdą się tacy, co „Szpaka” obrażą i wyśmieją. Ja na takich frustratów i nieudaczników z mediów społecznościowych mam jeden prosty sposób: blokuję na wieki wieków.
Amen!
W USA było obciachowo-jarmarcznie. Fot. PAP/EPA
