A miałem być stracony!

80 lat skończył nie tylko jeden z najwybitniejszych rodzimych piłkarzy w historii, ale i jeden z najbardziej utytułowanych trenerów, szeroko znany daleko poza granicami Polski i Europy, Henryk Kasperczak.

Nieprzypadkowo Henryka Kasperczaka otaczali często wielcy świata piłki (i nie tylko): Jerzy Buzek, Michel Platini, Michał Listkiewicz. Sam jest jednym z wielkich. Fot. Zofia Szuster / Press Focus

 Na boisku – brązowy medalista mistrzostw świata 1974 i srebrny medalista igrzysk olimpijskich 1976, do tego dwukrotny mistrz Polski. Na trenerskiej ławce – trzykrotny mistrz Polski, dwukrotny zdobywca Pucharu Polski, ale także Pucharu Francji. W obu tych krajach wygrywał plebiscyty na Trenera Roku! Jedyny – co zawsze podkreśla z dumą – Polak, który w mundialach i igrzyskach brał udział zarówno jako piłkarz, jak i selekcjoner. Absolutnie niezwykła kariera, absolutnie niezwykła wiedza trenerska, a do tego – absolutnie niezwykły gawędziarz, autor niezliczonej ilości dykteryjek, anegdotek, opowieści i bon motów, przywoływanych przez lata i dekady, które na zawsze weszły do historii polskiej piłki i... dziennikarstwa futbolowego. Z okazji 80. rocznicy urodzin (najlepsze życzenia dla Pana Henryka, laureata plebiscytu na Piłkarza Roku 1976 naszej redakcji!) dosłownie w pigułce przedstawiamy jego refleksje i skojarzenia z 80 lat...

MOJE NAJWAŻNIEJSZE MIEJSCA

Zabrze

- Tu się urodziłem (10 lipca 1946 – dop. aut.), tu dorastałem – z rodzicami, siostrą i bratem; tu chodziłem do szkoły podstawowej numer 9; no i stąd ruszałem w końcu w wielki – jak się później okazało – świat futbolu. Grałem w Stali Zabrze, ale też... wszędzie gdzie się dało: na placu przy familoku, na ulicy, na łące. I grałem nie tylko w nożną, ale też w siatkówkę, w koszykówkę, w piłkę ręczną, a nawet pływałem i to bardzo szybko. Piłka nożna była jednak dla mnie najważniejsza, choć - co ciekawe – nie pamiętam już dziś pierwszej wizyty na stadionie w Zabrzu. Nie pamiętam, jaki to był mecz i z kim go oglądałem. Zabrze będzie mi się też oczywiście kojarzyć z przygodą trenerską. Tak, wiem; spadliśmy wtedy z ekstraklasy. Do dziś to boli, choć kiedy pytają mnie, dlaczego tak się stało, odpowiadam wprost: nie trafiłem wówczas na dobrą grupę zawodników, którzy mogliby uratować ligę dla Górnika.

Mielec

- Kiedy skończyłem naukę i zdałem maturę – w technikum samochodowym w Gliwicach, choć niekoniecznie samochody mnie pasjonowały - Górnik Zabrze niespecjalnie o mnie zabiegał. Za to mój serdeczny kolega z familoka, Wolfgang Volstaedt, „chwilę wcześniej” skorzystał z oferty Stali Mielec i gorąco mnie namawiał do przeprowadzki do tego klubu. Mielczanie dawali niezłe pieniądze, do tego zapowiadali budowę silnej drużyny. I tak się stało, choć trzeba na to było jeszcze kilka lat poczekać, ale jak już się ziściło, to... skończyło się dwukrotnym mistrzostwem Polski. Tyle że dopiero w moim drugim podejściu do Stali, bo przy pierwszym pobycie, wtedy w II lidze, zamarzyła mi się Wisła. Bardzo mnie wtedy Mielczanie puścić nie chcieli. Wykorzystali wszystkie chwyty, łącznie z... załatwieniem mi biletu do wojska. Bezpieka – bo przecież w ówczesnym zarządzie Wisły ludzi z SB było sporo – nakazała mi ukrywanie się przez wiele tygodni. Mówiono, że sprawę biletu załatwią, ale nie zdołali, gdy już weszło w temat wojsko. Wystawiono za mną... list gończy, jak za dezerterem. Więc w końcu sam się zgłosiłem. Miałem sąd wojskowy, ostatecznie skończyło się na przydziale do jednostki w Dębicy, skąd po kilku tygodniach przeniesiony zostałem do Legii. W końcu jednak, po dwóch latach służby, wróciłem do Mielca i nigdy tego nie żałowałem. Świetna ekipa, na miarę dwóch tytułów mistrzowskich, rzeczywiście tam powstała. Dzięki temu wyborowi mam miejsce w Alei Gwiazd Mieleckiego Sportu, obok Grzesia Laty, Janka Domarskiego i legendarnego piłkarza ręcznego, Jana Wojciecha Gmyrka.

Warszawa

- Dwa trudne lata w spędziłem w stolicy, za sprawą wydarzeń opisywanych wcześniej. A potem... było jeszcze gorzej. Zanim zdołałem sobie wywalczyć miejsce w pierwszym zespole – choć z nim trenowałem, przydarzyło mi się złamanie kości piszczelowej. I to dwukrotnie, bo powtórzyła mi się ta kontuzja przy okazji zimowego obozu w Szklarskiej Porębie u trenera Jaroslava Vejvody. Przy okazji poszły też więzadła w kostce. Doktor Henryk Soroczko, klubowy lekarz Legii, czarno to widział. „Możesz być stracony dla piłki” - mówił mi. Rzeczywiście, na początku trudno było mi w ogóle chodzić, ale się zawziąłem. „Muszę!” - mówiłem sobie. Kto wie, czy w rehabilitacji najbardziej nie pomogli mi... hokeiści Legii, Bronek Gosztyła i Józef Kurek. „Choć z nami na Torwar pojeździć na łyżwach. Wzmocnisz staw skokowy, więzadła”. Zadziałało! Wróciłem do treningów, a po zakończeniu służby – mimo że nie zadebiutowałem w ekstraklasie – Legia zaproponowała mi pozostanie przy Łazienkowskiej, ale ja nie chciałem. Wróciłem do Mielca.

Kraków

- Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to wcale nie tytuły mistrzowskie, ale... mecz, który nie doszedł do skutku. To była 1/8 finału Pucharu UEFA (wcześniej Wisła ograła m.in. Parmę i Schalke – dop. aut.), rewanż z Lazio (w Rzymie było 3:3 – dop. aut.). Do tej pory uważam, że można było – że trzeba było! - grać na murawie przy Reymonta w pierwotnym terminie. Fakt, trawy było niewiele, ale można było mecz rozegrać, tyle że włoskie cwaniaczki miały w zespole kilka kontuzji i wyraźnie Wisły się w tym dniu bały. Zapraszałem sędziego na płytę, tłumaczyłem mu, że można na niej grać, ale Włosi już byli wykąpani, przebrani i jak najszybciej chcieli ze stadionu wyjechać... (tydzień później wygrali w Krakowie 2:1, a potem doszli do półfinału – dop. aut.). Miałem wtedy w Wiśle naprawdę dobrych zawodników. Trzeba było tylko odpowiednio wykorzystać ich atuty; wyciągnąć z nich to, co najlepsze. Myślę, że każdy z nich jeszcze się przy mnie rozwinął.

MOJE „NAJ”

NAJbardziej ceniony sukces w pracy trenerskiej

- Trudny wybór... Trzy mistrzostwa Polski z Wisłą – no, może dwa i pół (śmiech), bo w trakcie drogi po trzecie rozstano się ze mną; ale swój wkład w nie miałem. Bardzo wysoko też cenię sobie ćwierćfinał Pucharu Zdobywców Pucharów, jaki osiągnąłem z Montpellier. No i oczywiście Puchar Francji, który wcześniej z tą drużyną zdobyłem. Dotarcie do finału Pucharu Francji z FC Metz też oceniam jako duży sukces.

NAJboleśniejsze wspomnienie

- Jedyna rzecz, której w pracy trenerskiej nie udało mi się osiągnąć, to posada selekcjonera Biało-czerwonych. Cóż, polskie piekiełko... Kiedy pracowałem w Wiśle, dostałem od Michała Listkiewicza propozycję objęcia reprezentacji. Miałem jednak ważny kontrakt, a Bogusław Cupiał na moje odejście nie chciał się zgodzić. Dopuszczał jedynie możliwość, że równolegle pracować będę w klubie i w kadrze, ale dla mnie to było nie do pomyślenia. Potem jeszcze dwukrotnie moje nazwisko pojawiało się w kontekście pracy z reprezentacją. Postawiono jednak na Franciszka Smudę, a potem na Waldemara Fornalika. Znam nazwisko człowieka, który bardzo nie chciał, żebym został selekcjonerem, ale nie chcę go przywoływać...

NAJwybitniejszy podopieczny

- Przez 38 lat trenerskiej pracy przeszło przez moje ręce wielu niesamowitych zawodników. Roger Milla, Laurent Blanc, Carlos Valderrama, David Ginola, Pascal Olmeta, potem – w reprezentacji Mali – Seydou Keita... Gdybym miał wymienić wszystkich wyśmienitych zawodników, których prowadziłem, książka by musiała powstać, ale nie o to chodzi; dla mnie piłka zawsze była grą kolektywną.

NAJdziwniejsza rzecz w pracy szkoleniowca

- Jeżdżąc po świecie i pracując w różnych miejscach, nauczyłem się, by pewne rzeczy obserwować, ale w nich nie przeszkadzać i tak było z afrykańskimi „czarami”. Spalanie piór koguta albo zakopywanie naczyń z krwią świni pod bramką przeciwnika było dla zawodników tamtych drużyn nie tylko obyczajem i tradycją, ale też swego rodzaju motywacją. Wierzyli, że dzięki takim działaniom łatwiej im będzie strzelić gola na tę bramkę.

NAJważniejszy człowiek spotkany w życiu

- Na każdym jego etapie – począwszy od dzieciństwa w Zabrzu – były wokół mnie osoby, bez których moje życie byłoby pewnie inne. Natomiast karierę piłkarską, a potem trenerską, mogłem robić wyłącznie dzięki wyrozumiałości i poświęceniu mojej żony. Przecież przez futbol więcej czasu spędzałem poza domem niż w domu! To na nią spadły wszystkie obowiązki rodzinne; to głównie dzięki niej piątka naszych dzieci poszła w świat!

Notował Dariusz Leśnikowski

Boski Johann Cruyff na murawie nie miał łatwego życia, gdy przyszło mu  walczyć z Henrykiem Kasperczakiem. Fot. Halina Pindór/archiwum Sportu

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się